Włodzimierz Nowakowski: Każda śmierć jest szczególna, bo każdy pacjent jest inny

Paulina Jęczmionka-Majchrzak
Włodzimierz Nowakowski pracuje jako wolontariusz w poznańskim Hospicjum Palium od 1999 roku
Włodzimierz Nowakowski pracuje jako wolontariusz w poznańskim Hospicjum Palium od 1999 roku Waldemar Wylegalski
Z Włodzimierzem Nowakowskim, od 17 lat wolontariuszem w poznańskim Hospicjum Palium, rozmawia Paulina Jęczmionka-Majchrzak.

Chciałabym porozmawiać z Panem o śmierci, ale nie wiem, czy potrafię.
To naturalny cykl życia, nieodzowny drugi biegun. Już chwila narodzin niesie ze sobą śmierć. Dlatego należy o niej rozmawiać na różnych poziomach, nawet z dziećmi. One zresztą pięknie temat odbierają.

Są świadome, co oznacza śmierć?
Tak. A że są bezpośrednie i odbierają świat zero-jedynkowo, rozumieją śmierć jako odejście - dziadek czy babcia już nie wróci, po prostu ich nie ma. Czasem towarzyszy temu zamglone spojrzenie, smutek, ale nie widać strachu. Skoro więc o śmierci można rozmawiać z dziećmi, to tym bardziej z dorosłymi. Trzeba tylko dobrać formę do okoliczności i mieć na względzie, że nie każdy jest przygotowany do rozmowy, a nawet słuchania o śmierci.

Dlaczego unikamy tego tematu, skoro to naturalny etap w życiu?
W społeczeństwie panuje moda na szczęście, chwalenie się tym, co się udaje. Można myśleć tylko pozytywnie i optymistycznie. Mało kto zakłada, że można myśleć pozytywnie o śmierci.

A można?
Oczywiście. Wyobrażanie sobie tego momentu jako świadomej chwili, bez bólu, w otoczeniu rodziny jest pozytywne.

Rozmawia Pan z pacjentami hospicjum o śmierci?
Nie. Nie czuję się do tego kompetentny. Miałem to szczęście, że żaden podopieczny nigdy mnie nie spytał, kiedy umrze. Musiałbym milczeć albo - co bywa gorsze - odpowiedzieć, że nie wiem. Bo nikt tego nie wie. Stan naszych podopiecznych jest bardzo ciężki, ale moment, w którym nagle ich oddech cichnie, przychodzi niespodziewanie. Czasem odchodzą kilka dni lub tygodni, a czasem niemal natychmiast.

Pacjenci przygotowują się do tego momentu?
Nie rozmawiam o tym z nimi, ale da się zaobserwować proces przygotowań. Psychologowie mówią nawet o kilku jego etapach. Często zaczyna się od porządkowania sytuacji w domu, wśród najbliższych, z którymi czasem ma się ograniczony kontakt albo np. żyje w konflikcie. Potem są różnego rodzaju formalności, sprawy spadkowe. Gdy takie najważniejsze rzeczy się załatwi, człowiek staje się spokojniejszy i przez chwilę ma wrażenie, że to już ten moment. Ale to tylko wrażenie. Nie jest łatwo umrzeć.
To znaczy?
Zauważyłem to właśnie w hospicjum. Poza przypadkami nagłymi, jak np. wypadek czy zawał, umieranie to proces. Odchodzenie trwa. Pewne objawy można zauważyć np. w mimice twarzy, rysach, spojrzeniu. Potrafią zmieniać się z dnia na dzień, a nawet z tygodnia na tydzień.

Pacjenci chcieliby, żeby było szybciej?
Niektórzy chyba tak. Czasem nie są już w stanie tego wyrazić, a czasem marzą już tylko o tym, żeby nie bolało. Gorzej bywa z rodzinami, które nie potrafią pogodzić się z odchodzeniem bliskich. Proszą o podanie kolejnych, innych leków, próbują szukać nowych rozwiązań i lekarzy, chcą jeszcze walczyć, podczas gdy chory już nie walczy, odchodzi. I chyba wtedy zdaje sobie sprawę z tego, że nigdy nie ma dobrego momentu do odejścia. Bo zawsze kogoś trzeba zostawić.

Czy ze śmiercią można się oswoić?
Nie można. Każda śmierć jest inna i szczególna. Każdy pacjent jest inny, nie ma dwóch takich samych ludzi. Owszem, w hospicjum przebywają ludzie bardzo chorzy, w stanie terminalnym, więc umiera tu więcej osób niż w normalnym szpitalu, ale o przyzwyczajeniu do śmierci nie ma mowy. To zawsze mocne uderzenie. Obojętnie, czy umiera pacjent, czy ktoś z rodziny. Co z tego, że jesteśmy świadomi, iż śmierć to naturalne następstwo, skoro i tak boli? Wiedza to jedno, a uczucia - drugie. W hospicjum odbieramy obecność przy śmierci podopiecznego jako wskazanie, wybór nas - tak miało być, mieliśmy się tam znaleźć. Co nie znaczy, że wszyscy chcą tego doświadczać.

Wolontariusze nie są lekarzami, nie podchodzą do śmierci od medycznej strony. Co przeżywacie, będąc przy niej?
Wolontariusz jest pełnoprawnym członkiem kilkuosobowego zespołu, w którym każdy ma swoje zadania. Kompetencje wolontariusza z jednej strony są ograniczone, bo nie jest lekarzem czy rehabilitantem, ale z drugiej ma szeroki zakres posługi - począwszy od porannej toalety, przez ubieranie, karmienie, asystowanie przy rehabilitacji, po towarzystwo w każdej sytuacji, także przy śmierci.

By trzymać za rękę?
To zbyt dosłowne określenie. Bardzo mało pacjentów oczekuje trzymania za rękę. To męczące i zbyt absorbujące. Czasem chodzi tylko o spojrzenie, dotknięcie czoła, a czasem ta ręka sama wysunie się w kierunku wolontariusza w oczekiwaniu na pogładzenie.
Osoba, która odchodzi, zawsze chce towarzystwa?
To zależy na jakim etapie choroby jest. Niektórzy wolą samotność. Zdecydowana większość ma moment, w którym prosi o pomoc w stricte fizycznym przygotowaniu do ostatecznego pożegnania. Chodzi np. o pofarbowanie, uczesanie włosów, pomalowanie paznokci, ogolenie. To pewnego rodzaju dowartościowanie. Chorzy cieszą się, gdy powiemy im komplement, zwrócimy uwagę na ładną fryzurę czy gładką twarz. W przygotowaniu do śmierci ważna jest też sfera duchowa. Jeśli wiem, że dana osoba jest wierząca, zawsze pytam, czy chce spotkać się z księdzem albo wspólnie pomodlić. Czasem tą modlitwą jest cisza.

A jeśli ktoś jest niewierzący?
Tu też duchowym przygotowaniem może być cisza. Ja jako katolik w myślach odmówię wtedy za chorego zdrowaśkę, polecę go Opatrzności. O jego myśli nie pytam. Zdarza się i tak, że chory przebywa u nas kilka miesięcy i nie modli się, nie przyjmuje Pana Jezusa, a nagle później chce porozmawiać z księdzem. Nigdy nie rozstrzygamy więc z góry, czy ktoś jest wierzący, czy nie. Ksiądz bywa regularnie, chory w każdej chwili może poprosić go o rozmowę. Ale nie musi.

Te zarówno fizyczne, jak i duchowe przygotowania do śmierci sugerują, że moment odejścia jest dla chorych bardzo ważny, dostojny.
Tak. Chcą czuć, że zrobili przed śmiercią to, co mogli. Że nawet jeśli będą odchodzić w wielkim cierpieniu, zrobią to godnie.

Mówią o swoim cierpieniu?
Jedni tak, drudzy nie. Niektórzy nie są już w stanie.

Da się zachować taki kontakt i dystans do podopiecznych, by za bardzo się nie przywiązać?
Bardzo trudno. I nie ma reguły. Jeden człowiek nas przyciąga, zdobywa nasze zaufanie na całe życie, a drugi nadaje na innych falach i nie zostajemy przyjaciółmi. Hospicjum nie jest wolne od takich wzajemnych oddziaływań. Raz to podopieczny wywoła pozytywne emocje u wolontariusza, a raz to wolontariusz sprawi, że podopieczny uzna go za przyjaciela. Każdy wolontariusz ma w swojej karierze pacjenta - pokrewną duszę.
Pan też?
Kiedyś przywiązałem się bardzo do kobiety - nauczycielki ze szkoły, której jestem absolwentem. Mieliśmy wspólny temat, więc szybko nawiązaliśmy kontakt. Była samotna, miała tylko mnie. Byłem przy niej codziennie, o różnych porach. Pewnego dnia miałem przyjść do hospicjum około południa, więc wcześnie rano zadzwoniłem do lekarza dyżurnego, by zapytać, jak moja podopieczna się czuje. Odpowiedział, że dobrze, jak na jej stan. A gdy przyszedłem kilka godzin później, łóżko już było puste.

Bolało?
Nogi się pode mną ugięły, usiadłem i po chwili wyszedłem. Bolało tak bardzo, że musiałem zrobić sobie półtora miesiąca przerwy od wolontariatu. Choć podczas kursu wielokrotnie przestrzega się wolontariuszy przed zbyt bliskim związaniem z pacjentem, trudno tego uniknąć. Jak w życiu - wpadamy w sieć relacji międzyludzkich. Dlatego namawiamy początkujących wolontariuszy, by zaczynali od pojedynczych wizyt w tygodniu.

Potrafi Pan wyjść z hospicjum i zapomnieć? Rozmawia Pan o tutejszych przeżyciach w domu?
Początkowo - jak przy każdym nowym doświadczeniu - chciałem dzielić się tym, co mnie spotyka. Ale z czasem ta potrzeba ustała. Choć zapytany mogę ogólnie opowiedzieć komuś o tym, co robię w hospicjum.

Pomoc uskrzydla - głosi hasło Motylego Wolontariatu. Jak to możliwe w miejscu, w którym skrzydła ludzkie opadają?
Nie wyobrażam sobie nie przychodzić do hospicjum. Tu są ludzie, więc i ja chcę tu być. Zabrzmi to górnolotnie, czego nie lubię, ale każde spojrzenie, dotyk, słowo „dziękuję” mają tu znacznie wyższą wagę. Nie doświadczyłem czegoś takiego nigdzie indziej na świecie.

Dobro wraca?
Zawsze. Prędzej czy później. Dlatego się uśmiechamy.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

L
Ludwiczki:)

Pan Wlodek to człowiek wielkim sercu. Dla mnie to Wolontariusz przez duze "W". Cieszę się, ze miałam okazję spotkać go na swojej drodze :)

A
Agata

Włodku, jesteś niezwykły.

Dodaj ogłoszenie