Trwa postępowanie administracyjne prowadzone w sprawie zatrucia Warty. Firma podejrzana o to nie przyznaje się do winy. Od miesięcy trwa pingpongowa wymiana o ponowne przedstawienie dowodów.

Rozpoczęło się odbijanie piłeczki między Wojewódzkim Inspektoratem Ochrony Środowiska a firmą podejrzaną o zatrucie Warty, do którego doszło pod koniec października 2015 roku. Firma żąda ponownego przedstawienia dowodów, co przedłuża postępowanie administracyjne. Naczelnik WIOŚ uspokaja jednak: „Mamy mocne dowody”. Mimo to pojawia się wątpliwość, dlaczego sprawa tak długo trwa i kiedy zostanie wymierzona kara firmie, która wlała do Warty toksyczne środki, m.in. transflutrynę - środek owadobójczy?

Zobacz też: Wysoka kara dla firmy, która zatruła Wartę

W związku z zatruciem Warty toczy się postępowanie administracyjne prowadzone przez WIOŚ oraz śledztwo pod nadzorem prokuratury okręgowej, która w marcu przejęła sprawę. Po przedstawieniu przez WIOŚ protokołów pokontrolnych w grudniu 2015 roku firma odwołała się od stawianych jej zarzutów. Mimo to Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska z początkiem marca rozpoczął postępowanie administracyjne.

- Musieliśmy do tego czasu zebrać wszystkie dane i informacje w tej sprawie. Rozpoczęliśmy postępowanie administracyjne o wymierzenie kary za gospodarowanie odpadami bez zezwolenia - mówi Hanna Kończal, zastępca WIOŚ. Jak wynika z przepisów ustawy o odpadach, za podobne przewinienie grozi kara od tysiąca do miliona złotych.

Jak zapewnia Hanna Kończal, inspektorat nie zamierza sprawy zamieść pod dywan. - Strona jeszcze w marcu wystąpiła do nas z prośbą o przejrzenie wszystkich dokumentów zebranych w postępowaniu. Nie mogliśmy im odmówić. Dokumenty aż do 26 kwietnia przeglądali pracownik firmy z działu ochrony środowiska i wynajęci prawnicy z kancelarii prawnej, która ich reprezentuje - mówi Hanna Kończal.

Zobacz też: Prokuratura Okręgowa bada zatrucie Warty

W międzyczasie podejrzewana o zatrucie Warty firma złożyła pismo procesowe o przeprowadzenie dowodów z przesłuchań świadków. - Musimy więc jeszcze raz przesłuchać pracowników firmy, wobec której toczy się postępowanie w obecności ich prawników. Wcześniej rozmawialiśmy z nimi w czasie kontroli, która odbyła się zaraz po zatruciu rzeki. Niestety, zgodnie z kodeksem musimy spełniać ich żądania - tłumaczy Hanna Kończal i jednocześnie dodaje, że nie może podać daty zakończenia postępowania, bo...


- Nie wiem, czy firma nie zażąda kolejnego przedstawienia dowodu - ma do tego prawo, a wiadomo, że skoro nie przyznali się do tej pory do zatrucia rzeki, to będą kwestionowali wyniki naszych kontroli i przedstawione zarzuty.

Mimo takiego obrotu sprawy Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska zapewnia, że w sprawie ma mocne dowody, których firma nie jest w stanie podważyć. Po tym, jak Instytut Weterynarii w Puławach wykrył w śniętych rybach transflutrynę - owadobójczą substancję poszukiwaną przez WIOŚ - inspektorat wysłał do Instytutu Ochrony Roślin w Białymstoku kolejne próbki pobranych substancji do przebadania.

- W momencie gdy zidentyfikowano w rybach transflutrynę, a nie zidentyfikowano innych substancji, zaczęliśmy szukać takiego laboratorium, które by potwierdziło ich występowanie w próbach pobranych z wylotów studzienki, którą wlano odpad, a także w pojemnikach, które skontrolowaliśmy w firmie -tłumaczy Hanna Kończal. - Analizy zostały wykonane i 8 lutego dostaliśmy wyniki z badań, które w całej rozciągłości potwierdziły wszystkie nasze podejrzenia. Badania potwierdziły występowanie tych substancji chemicznych, które stwierdziliśmy w zakładzie w momencie przeprowadzanej kontroli, m.in. w resztkach pojemników. Znalazły się też w próbkach z wylotów.

16 lutego WIOŚ złożył też formalne zawiadomienie do prokuratury o popełnienie przestępstwa w sprawie zatrucia rzeki.

STREFA AGRO NA FACEBOOKU. POLUB NAS!