Fiedlerowie dość długo dojrzewają... [ROZMOWA]

Anna Kot
Arkady Radosław Fiedler: Na pewno odziedziczyłem po nim ciekawość świata - ale to u nas jest rodzinne Waldemar Wylegalski
Mamy w Puszczykowie podróżnika piszącego – jak sam się określa Arkady Radosław Fiedler. I to podróżnika piszącego, za którym stoi długa tradycja – bo sławą musiał się z nim podzielić ojciec, podróżnik i pisarz Arkady Fiedler. A już i samemu Radosławowi depcze po piętach sławy syn – Arkady Paweł. Jak się dziedziczy pasję, czego dokonał i zamierza jeszcze dokonać syn pisarza i podróżnika? Poczytajcie.

Jak to jest urodzić się, dorastać w rodzinie sławnego człowieka – pisarza, podróżnika?
Mówiąc najprościej – ciekawie. Bo od najmłodszych lat pamiętam aurę podróży, pisania książek, wielkie kufry pachnące egzotyką pełne niezwykłych pamiątek i ojca piszącego z wypraw, a potem opowiadającego o dziwach dalekiego świata. Ta aura nam – mojemu młodszemu bratu Markowi i mnie – towarzyszyła odkąd sięgam pamięcią.

Mieliście poczucie, że jesteście wyjątkową rodziną?
Nieee... wszystko było naturalne. Jak w każdej innej rodzinie, w której tata utrzymywał dom z tego, co umiał robić. Akurat nasz pisał i podróżował. Ale jedno zapamiętałem mocno i na zawsze – kiedy byliśmy nastolatkami, na początku lat 60. ojciec przywiózł z Afryki dwie kiście zielonych bananów. Naprawdę duże kiście, które u nas dojrzewały na domowej werandzie. I myśmy z bratem codziennie, nabożnie, po jednym bananie zjadali. To była uczta. Obaj zapamiętaliśmy te owoce i ich smak jako rzeczywiście coś niezwykłego, wyjątkowego, bo wtedy bananów w sklepach nie było. Zrywanie i zjedzenie jednego banana dziennie to była jedyna celebracja. Nasz ojciec – podobnie jak mama, która była Włoszką - nie celebrował w domu atmosfery wyjątkowości, faktu, że jest kimś innym, lepszym, bo bardzo znanym i cenionym. To był normalny dom.

To jak żyło się w tym zwyczajnym, jak Pan mówi, normalnym domu?
Kiedy byliśmy kilku– i kilkunastolatkami, nasze życie było podyktowane pewnym rytmem – to było takie staccato. To był czas podzielony na podróże ojca i przygotowania do nich, które trwały z rok. O podróży się rozmawiało. Ojciec wiele czytał, zbierał materiały, szukał kontaktów z ludźmi, często z Polakami mieszkającymi tam, dokąd się udawał. To były tematy wspólnych rodzinnych śniadań i obiadów. Potem był czas podróży – przychodziły listy od ojca piszącego o tym, gdzie jest i co robi. To trwało kilka miesięcy, wracał i znów w domu było wielkie poruszenie – zjeżdżały te walizy i kufry – zapachy, eksponaty i pamiątki, opowieści z dalekiego świata. I zaczynało się pisanie. Ojciec tworzył powoli – potrzebował około roku na napisanie książki. Ale już w przerwach zaczynał przygotowania do kolejnej wyprawy.

Ale Pan wcale nie tak gładko i na zawsze został podróżnikiem. Najpierw był Pan nauczycielem geografii, a ostatnimi laty wplątał się Panu do biografii wątek polityczny.
Po podstawówce w Puszczykowie poszedłem do III LO w Poznaniu. Nigdy nie zapomnę jednej z pierwszych lekcji geografii. Nauczycielka, chcąc sprawdzić naszą wiedzę, brała każdego po kolei do tablicy. A tam już wisiała mapa i trzeba było pokazać na niej miejscowości czy krainy, które podawała nauczycielka. Kiepsko szło. Ale kiedy padło nazwisko Fiedler, usłyszałem pomruk w klasie: Nooo ten to jej pokaże! A ja… zobaczyłem ciemność! Nic, ale to absolutnie nic nie umiałem jej pokazać na tej cholernej mapie. Miałem 15 lat i do dziś pamiętam, jak wtedy czułem się zbity i tak długo nosiłem ten wstyd w sobie, że po liceum poszedłem... na geografię.

Tak szybko podjął Pan decyzję?
W pewnym sensie, bo ja do matury podchodziłem... trzy razy.

Nie wierzę! Oblał Pan maturę i to dwa razy?!
Pierwszy raz podchodziłem do matury, jak miałem 18 lat, a zdałem ją, gdy miałem 20. I to w różnych liceach. Ogarnęło mnie jakieś szaleństwo i zacząłem chodzić na wagary.

Pan?! Tak dobrze ułożony młody człowiek z dobrego domu?!
No nie!! Ja byłem łobuz! Ale jak uciekałem z lekcji, no to miałem mnóstwo nieobecności i za pierwszym razem, to mnie nawet nie dopuścili do matury. Mieliśmy fantastycznego, oddanego uczniom dyrektora, który mówił ojcu, „Panie Arkady, niech on tylko chodzi do tej szkoły, resztę my pomożemy”. A ja nie! Byłem uparty! Nie ch0dziłem i nie mogli mnie dopuścić do egzaminów. Więc powtarzałem klasę, ale już w VI liceum, jednak i tam choroba wagarowania mi nie minęła.

Może to licea były nudne?
Nieee... to ja miałem jakiś taki dziki okres. „Trójka” miała doskonałych nauczycieli, np. prof. Jan Mazur od historii – to był spektakl jak on prowadził lekcje. Albo pani profesor Torzewska od angielskiego, albo polonistka – prof. Marta Hańczewska - doskonałe były te lekcje, tylko człowiek był głupi i nie dojrzał. W każdym razie, jak wróciłem do „trójki”, już byłem mądrzejszy. Nawroty wagarowej choroby jeszcze miałem, ale już rzadko – tylko od czasu do czasu wyskoczyłem na wagary. Normalnie i bez problemów zdałem maturę i poszedłem na studia. Fiedlerowie dość długo dojrzewają – mam wrażenie.

Ale jak już dojrzeją... Jak te banany...
Oby! Rzeczywiście dość długo zielony byłem – jak te banany, które w końcu dojrzały, to może coś dobrego będzie i ze mnie, mam nadzieję. A potem to już się potoczyło – studium nauczycielskie, po skończeniu którego uczyłem geografii w mojej szkole w Puszczykowie. Co to za uczucie! – moi byli nauczyciele, z którymi nieraz darłem koty, uciekałem na wagary i raz czy drugi odparowałem im niegrzecznie, nagle stali się moimi kolegami. Ale nie odpowiadał mi ten zawód – jest piękny, ale nie dla mnie.

Jaki pomysł miał Pan na siebie?
Był rok 1969. Ojciec zaproponował mi wyjazd do Nigerii.

Tak się zaczęło przekazywanie pałeczki wirusa podróży i pisania?
Już rok wcześniej przez dwa letnie miesiące byliśmy razem w Rosji, na Syberii. Do dziś wspominam jak przyjaznych serdecznych ludzi spotkaliśmy – zwłaszcza Jakutów, którzy ciepło i żywo pamiętali Polaków, i przyjmowali nas po królewsku – te stoły uginające się od jedzenia, te szampany, te koniaki, te toasty, które trzeba było wygłosić. A wszystko spadało na mnie, bo ojciec miał już wtedy 74 lata, a ja 23, więc to głównie ja musiałem trzymać i podnosić kielich, a tam toast za toastem szedł i zawsze z kielichem w ręce. Bardzo musiałem uważać, aby to się dla mnie źle nie skończyło. To była inna Syberia – ludyczna, wesoła, bez martyrologii, Syberia życzliwych ludzi, pamiętająca Polaków od najlepszej strony. Z tej wyprawy książka nie powstała, ale miałem okazję patrzeć, jak pracuje podróżnik, jak kontaktuje się z ludźmi.

To wtedy zdecydował Pan, że chce robić to, co ojciec?
Nieee..., ale myśl ta dojrzewała we mnie – raz myślałem, że to jest to, innym razem przeciwnie. To był proces, i to powolny, trwający kilka lat. Potem była Nigeria, później popłynęliśmy „Stefanem Batorym” do Kanady – byliśmy tu dwukrotnie. Następnie rejs do Ameryki Południowej.

W jakiej roli Pan towarzyszył ojcu – jako uczeń czy partner doświadczonego podróżnika?
Absolutnie partner, z tym że partner – o czym nigdy nie zapominałem – który jest pół wieku młodszy. Z wyprawy do Rosji przysyłaliśmy do „Gazety Poznańskiej” korespondencje – taki zapis przebiegu podróży. One jakimś cudem docierały do Poznania – ojciec pisał swoje relacje, a ja swoje. Już wtedy na płaszczyźnie pisarskiej uzupełnialiśmy się i to było bardzo ciepło przyjęte przez czytelników gazety. To były moje początki pisarskie. I początek współpracy z ojcem. Staliśmy się partnerami, ale ponieważ ja byłem młodszy, rzecz jasna głos decydujący zawsze należał do ojca.

Jaką najważniejszą naukę Pan przejął od ojca?
Ojciec był zawsze bardzo naturalny – nigdy nie występował z pozycji wyższości cywilizacyjnej. Pokazywał, ale też naprawdę tak się czuł – że jest równy wobec ludzi, do których przybywał. Oni to mocno wyczuwali i bardziej się otwierali. To jest pierwsza i najważniejsza zasada, którą trzeba stosować zawsze i wszędzie, dokąd się jedzie: jestem jednym z was. Mało tego – jak się do innych ludzi już dojedzie, trzeba się podporządkować ich regułom, nawet jeżeli coś mi się nie podoba. No trudno – to jest ich życie, ich ziemia, ich dom, ich tradycje. To ja jestem ich gościem. Oczywiście jeśli zależy mi na dobrych relacjach z gospodarzami.

Jak by Pan określił rolę ojca w formowaniu Pana jako podróżnika? Ojciec był...
...przewodnikiem, nauczycielem, kumplem i przyjacielem. I te relacje były bardzo płynne, bez wyraźnego rozgraniczenia. Ale też był pół wieku starszy – to są dwa pokolenia. Na szczęście ojciec miał bardzo młodzieńcze usposobienie, wielkie poczucie humoru – lubił żartować, kielicha wypić. Razem chodziliśmy w Poznaniu na Stary Rynek do Dybizbańskiego na tatara – oczywiście nie samego tatara, tylko z dobrą zimną wódeczką. Nie stronił od przyjemności życia i to promieniowało na nasze wzajemne kontakty. Z ojcem byłem sześć razy na wyprawach, na czterech kontynentach. Do 1985 roku – Azja, Afryka, obydwie Ameryki. Dopiero w 1985 w ostatnich miesiącach jego życia sam udałem się do Peru i wiadomość o jego śmierci mnie tam zastała. Kiedy wyjeżdżałem, był już chory, ale mi do głowy nie przyszło, że on może umrzeć. Nie dopuszczałem tej myśli do siebie – żył długo, bo zmarł w 91. roku życia i praktycznie do końca w dobrej kondycji, tylko ostatnie dwa miesiące to było takie gaśnięcie organizmu. Tylko ostatnie pięć lat nie podróżował.

Wyprawa do Peru musiała być trudną emocjonalnie podróżą.
W Peru zwróciłem uwagę na różne krzewy, o których pisał i wiedziałem, że je bardzo lubił. One kojarzyły mi się z ojcem – to było dla mnie bardzo wzruszające przeżycie, że on jest w kraju, a jego obecność przy mnie odczuwam, patrząc na te ukochane przez niego rośliny, z którymi teraz ja się kontaktuję. Po śmierci ojca kilkakrotnie jeździłem do Ameryki Południowej, ale miałem już swoje cele. Nieraz pytano mnie, czy podróżuję jego śladami. Otóż nie. Nasze ścieżki się przecinały, ale nie pokrywały. Mnie bardziej interesowały Andy, kultury andyjskie w Peru, ojciec bardziej siedział w Amazonii. Ale bywało i tak, że na przykład kiedy byłem w Peru sam, przypominałem sobie, że ileś lat temu przecież byliśmy w tym miejscu razem… oglądaliśmy razem jakąś świątynię, byliśmy na jakimś placu czy nawet siedzieliśmy na tej samej ławce... Ciągle gdzieś ta pamięć o nim się przewijała, ale ja już okrzepłem jako podróżnik. Już byłem sam sobie przewodnikiem, a nie partnerem przewodnika.

Odczuwał Pan ciężar nazwiska ojca?
Ach! Ja to ciągle odczuwam, od tego się nie uwolnię. Ale zawsze miałem naturę wojowniczą, umiałem sprzeczać się z ojcem, nie byłem podległy. Dlatego nie przeszkadza mi to drugie miejsca za nim. Bo przecież znam siebie, wiem co robię, jakie mam plany na przyszłość, bardzo wyraziste i bardzo moje. Na pewno odziedziczyłem po nim ciekawość świata – ale to u nas jest rodzinne. Bo i on odziedziczył ją po swoim ojcu, który nie był podróżnikiem, ale był bardzo uważnym obserwatorem naszej rodzimej przyrody i rozmowami o niej zaraził ojca tą ciekawością. Planowali, że razem pojadą do Amazonii, do tej bogatszej i bujniejszej przyrody, ale przedwczesna śmierć mojego dziadka pokrzyżowała te plany. Jednak ojciec już z tymi marzeniami pozostał. Dobrze wiedział, ile zawdzięcza swemu ojca, czemu dał wyraz w autobiografii „Mój ojciec i dęby”. Myślę, że symbolicznym wyrazem tego następstwa nie tylko pokoleń, ale i zainteresowania kulturami, przyrodą, adrenaliną podróży, poznawania świata – jest imię Arkady, nadawane w naszej rodzinie synom. Ja byłem drugi z drugim imieniem Radosław, mój syn trzeci – mamy więc Arkadego Pawła. Kiedy on się ożenił i jemu urodził się syn, już było oczywiste, że będzie czwarty – Arkady Antoni.

Zdarzyło się Panu znaleźć na świecie w miejscu, w którym zapragnąłby Pan żyć, przenieść się tam z rodziną i już zostać?
Piszę o takim miejscu właśnie w ostatniej książce w „Dolinie stuletnich młodzieńców” – to jest dolina Vilcabamby w Ekwadorze. To rzeczywiście rajska dolina – tak pod względem klimatu, jak i roślinności, półtora kilometra nad poziomem morza. Tu panuje przez okrągły rok wiosna – temperatura między 19 a 24– góra 25 stopni Celsjusza. Dla białego człowieka to idealne miejsce – tu nie ma komarów, żadnych insektów, są rajskie ogrody, nie ma chorób, ludzie nieprzypadkowo żyją tak długo. Najstarsi ludzie, z którymi rozmawiałem – Maria Abarca miała 120 lat, a mężczyzna Abertano Roa – 117 lat - nie wyglądali na te swoje lata i to jest największy fenomen. On wyglądał na 50 góra 60 – szczupła sylwetka, szybki sprężysty chód, świeżość spojrzenia, rozmowy – jak u ludzi młodych. Ale nawet to miejsce nigdy nie przywiązało mnie na tyle, abym nie chciał wracać do kraju. Do Wielkopolski. Do Puszczykowa. Do domu. To raczej oni namawiali mnie, bym z nimi u nich został. Żyło trochę u nich białych ludzi, ale raczej takich, którzy nie umieli znaleźć dla siebie miejsca we własnych krajach – z Ameryki czy zachodniej Europy. Miejscowi nie mogli zrozumieć, że mam swój kraj, rodzinę, przyjaciół – a już szczególnie jak posadziłem papaję, która się pięknie zakorzeniła i dorodnie rosła.

Od 10 lat Pan nigdzie nie wyjeżdżał, zajęty działalnością polityczną. Nie szkoda było tego czasu – świat Pana nie wabił?
Nie żałuję, bardzo mi to, jakkolwiek to zabrzmi, poszerzyło horyzonty – zupełnie inny świat, inne doświadczenia, inne emocje... no przeleciała ta dekada nie wiedzieć kiedy. Ale proszę nie zapominać, że w tym czasie pisałem książki – powstały cztery - i właśnie zrobiłem w naszym muzeum wystawę erotycznej ceramiki staroperuwiańskiej kultury Mochica sprzed 1,5 tysiąca lat. To owoc poprzednich podróży. Ale tematy się wyczerpały i postanowiłem, że zamykam rozdział poselski i otwieram na nowo podróżniczy. No i lata lecą – póki mam jeszcze trochę energii, by sprostać trudom podróży, to trzeba to wykorzystać. Pod koniec października lecę do Boliwii, a ta leży wysoko, sam płaskowyż Altiplano na 4 tys. m n.p.m.

Chce być Pan zapamiętany jako pisarz czy polityk?
Jako podróżnik piszący. Owszem byłem posłem, ale nigdy się nie uważałem i nie uważam za polityka. Ja jestem w drugim, trzecim szeregu, choć pracę w sejmie zawsze traktowałem i traktuję poważnie i obowiązkowo.

Arkady Radosław Fiedler ur. 23.03.1945 r. współtwórca i współwłaściciel rodzinnego Muzeum-Pracowni Literackiej Arkadego Fiedlera i Ogrodu Kultur i Tolerancji w Puszczykowie. Od trzech kadencji jestem posłem na Sejm RP. O sobie: Jako że jabłko pada niedaleko od jabłoni (...), zawzięcie mocowałem się i mocuję ze słowem pisanym, pisząc książki „Barwny świat Arkadego Fiedlera”, „Wabiła nas Afryka Zachodnia”, „Najpiękniejszy ogród świata”, „Chwała Andów”, „Majowie. Reaktywacja”, „Dolina stuletnich młodzieńców”.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Dumny z Przyjaźni na mapie Naszych peregrynacji - Dziadek Stanisław Oksza Strzelecki z Arkadym potęgują znajomość i chęć poznawania świata...