Krzysztof Komeda: Poznański laryngolog i światowy jazzman

Katarzyna Sklepik, Marek Zaradniak
- Nie kłóciliśmy się - wspominała Zofia Komeda. - To ja na niego krzyczałam, potrafiłam spakować mu walizkę i wystawić za drzwi. A Krzysztof zawsze pod nimi czekał Tomasz Lach
Swoje muzyczne życie Krzysztof Komeda rozpoczął skomponowaną w Poznaniu kołysanką. I kołysanką do „Dziecka Rosemary” je zakończył. Zasnął za wcześnie, ale jego dźwięki żyją nadal.

Urodziłem się 27 kwietnia 1931 roku w Poznaniu z ojca Mieczysława z zawodu urzędnika państwowego i matki Zenobii Gembickiej - pisał Krzysztof Trzciński, który już mając cztery lata - pod czujnym okiem mamy - uczył się gry na fortepianie. I nut, które poznał wcześniej niż litery. Wtedy też zaczęła kształtować się jego osobowość muzyczna. Bo słuch absolutny już miał. I talent też. - Przed wojną uczęszczałem do pierwszej klasy szkoły powszechnej - kontynuował w swoim życiorysie. Ze skromności nie dodał, że był wówczas najmłodszym słuchaczem poznańskiego konserwatorium. Miał osiem lat, a jego siostra Irena - sześć.

Wybuch II wojny światowej zastał rodzinę Trzcińskich nad morzem. Mieczysław był dyrektorem banku i musiał pilnie wracać do Poznania. Żona z dziećmi została na wakacjach. Nagle w nocy, ośmioletni Krzyś zaczął gorączkować. Z trudem udało się zbić temperaturę, ale najgorsze było to, że nie mógł chodzić. Rodzina w pośpiechu wróciła od Poznania, w którym na ratunek choremu chłopcu przyszedł profesor Wiktor Dega. Choroba Heinego-Medina - bo tak brzmiała diagnoza - choć zaleczona, pozostawiła po sobie pamiątkę. Odrobinę chudszą i krótszą jedną nogę. Na którą Krzysztof już zawsze będzie utykać.

Chwilę później rodziny pracowników banku wywieziono do Kutna. W trasie pociąg zbombardowano, a Trzcińscy wrócili do Poznania. Niestety, ich domu przy ulicy Działowej już nie było... Podobnie jak Bechsteina, na którym Krzysztof i Irena uczyli się grać. - W listopadzie 1939 roku zostałem wraz z rodzicami wysiedlony przez Niemców z Poznania do Częstochowy. Tam uczęszczałem na tajne komplety - pisał. A rodzice, w miarę możliwości, opłacali mu nadal prywatne lekcje muzyki. Taki talent nie mógł się przecież zmarnować.

- Chcąc pomóc rodzicom, pracowałem w charakterze chłopca do posyłek. Po wyzwoleniu Polski przez wojska radzieckie i polskie zacząłem uczęszczać do gimnazjum - czytamy w „Czasie Komedy”. W 1947 roku rozpoczął naukę w Miejskiej Szkole Muzycznej w Ostrowie Wielkopolskim. I zaczął interesować się muzyką taneczną i rozrywkową.

- Szybko awansowałem na członka szkolnego zespołu „Carioca”. Gimnazjum, do którego uczęszczałem, nieco przede mną ukończył znany kontrabasista jazzowy, Witek Kujawski. Często odwiedzał rodzinę w Ostrowie i gdy usłyszał o istnieniu orkiestry w swojej „budzie”, przyszedł do nas na próbę. Od niego dowiedziałem się, że wariacje, jakie na fortepianie zaprodukowałem mu po temacie „In The Mood”, są improwizacją jazzową. Odtąd zacząłem interesować się jazzem, szukać go w radio i… knajpach - wspominał w „Obywatelu Jazzu”.

Radia Luksemburg słuchał z Ireną. On, małomówny rudzielec z twarzą latem pokrytą piegami, i ona, wiecznie uśmiechnięta brunetka - ze słuchu - grali standardy jazzowe. - Interesowałem się muzyką poważną, potem taneczną, a w czasie studiów zacząłem grać muzykę jazzową zupełnie sam. Jedyną szkołą było radio - mówił.
Byli bardzo zżytym rodzeństwem, nawet wtedy, gdy siostra wyjechała do prywatnej szkoły Sacré Coeur w Pobiedziskach, często ją odwiedzał. Gdy ona tam zdobywała gruntowne wykształcenie i staranne wychowanie, Krzysztof w kwietniu 1950 roku zdał egzamin dojrzałości w liceum w Ostrowie Wielkopolskim.

I dostał się na Akademię Medyczną w Poznaniu. Wybrał zawód lekarza, bo zdaniem matki musiał mieć porządny fach w ręku. Mógł też zostać... księdzem. Choć początkowo myślał o ortopedii, wybrał laryngologię. Taki medyczny kierunek, trochę „bliższy” muzyce. W czasie studiów mieszkał u wujostwa na poznańskim Sołaczu, a kilka domów dalej jego przyjaciel Andrzej Orłowski - późniejszy mąż Ireny. Dużo się uczył, bo jak wspominała jego siostra - nie lubił być niedouczony. We wszystkim, co robił, musiał być perfekcyjny.

Krzysztof Trzciński nigdy nie planował kariery jazzmana, myślał, że granie będzie tylko hobbistycznym zajęciem. Chciał oddać się pracy lekarza. Chorując od dziecka, napatrzył się na cierpienie i chciał innym przynosić ulgę. Studiując atlas anatomiczny, wkuwając łacińskie nazwy i zaliczając kolejne egzaminy, nie przypuszczał nawet, że pasja wygra z zawodem. I że to muzyka stanie się sensem jego życia.

Jeszcze będę kiedyś „komędą”!
W 1950 roku, podczas pobytu w Krakowie, po raz pierwszy wziął udział w jam session. Później grywał także na tych organizowanych - po kryjomu - w mieszkaniach. Bo w czasach stalinizmu władze komunistyczne zakazały grania jazzu jako muzyki niezgodnej z panującymi zasadami. Muzyki podejrzanej i diabolicznej. - „Koledzy! Korea płonie przy dźwiękach amerykańskiego jazzu, a kolega Trzciński ten jazz uprawia...!”- usłyszał kiedyś podczas jednego z zebrań Związku Młodzieży Polskiej, do którego należał. Z honorem oddał legitymację.

W tamtych czasach Krzysztof zafascynowany był bebopem wykonywanym przez Andrzeja Trzaskowskiego. Nawiązał też współpracę z „Dixieland Band” Jerzego Grzewińskiego, a w latach 1952-1954 grał z zespołem „Melomani”. Występowali między innymi w Zakopanem, a także w Ustroniu Morskim, gdzie młody Trzciński załatwił im dwumiesięczny kontrakt w lokalu dancingowym „Ustronianka”.
Studia ukończył w 1955 roku i podjął pracę w klinice laryngologicznej w Poznaniu. Tam po raz pierwszy użył swojego artystycznego pseudonimu „Komeda”, aby ukryć powiązania i fascynacje jazzowe. Skąd taki pseudonim? W jednym z wywiadów Zofia Komedowa wspominała, że będąc dzieckiem, Krzysztof podczas zabawy w wojnę napisał kredą słowo „komęda”. Koledzy śmiali się z niego, że robi błędy ortograficzne, więc powiedział, że jeszcze będzie kiedyś „komędą”. Choć wtedy ta komenda bardziej z wojskiem mu się kojarzyła. - No i potem wziął sobie to za pseudonim - mówiła.

Słynny Trzciński i słynna Lachowa
Zofia Tittenbrun pochodziła z szanowanej rodziny. Gdy była w trzeciej klasie krakowskiego liceum, poślubiła Ludwika Lacha. Był od niej dziewięć lat starszy, handlował mięsem i walutą. Nielegalnie. By odciąć męża od szemranego towarzystwa, Zofia zdecydowała się na przeprowadzkę do Poznania. Tu w jednopokojowym mieszkaniu, k

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kuba

Komeda napisał również kilka udanych utworów na orkiestrę kameralną. Polecam CD nagrane przez zespół akademicki Uniwersytetu Medycznego.

k
kasienka

miesza w opowiesci 1 osobe i 3 osobe liczby pojedynczej . Raz jest "ja" raz "on".

k
krzysztof

To dopiero szczyt bezczelności. Przepisać fragmenty powszechnie dostępnego cv i opatrzyć to własnym copywritem

Dodaj ogłoszenie