Amerykański sen profesora Chomczyńskiego trwa również w Wielkopolsce

Danuta Pawlicka
- Obydwoje mamy teraz taki okres w życiu, że na urlop poszlibyśmy tylko za karę. Ja jestem w prywatnej firmie, żona na uczelni - mówi prof. Piotr Chomczyński
- Obydwoje mamy teraz taki okres w życiu, że na urlop poszlibyśmy tylko za karę. Ja jestem w prywatnej firmie, żona na uczelni - mówi prof. Piotr Chomczyński Waldemar Wylegalski
Prof. Piotr Chomczyński połowę życia spędził w Polsce, ale karierę naukową i duże pieniądze zawdzięcza pracy w USA. W Wielkopolsce ulokował nadzieje związane z biznesem

est człowiekiem światowego sukcesu, który osiągnął nieprzeciętną pracowitością i naukową pasją. Nigdy nie miał kłopotu z wyborem drogi życiowej. Już jako nastolatek był pewien, że zostanie biochemikiem i będzie się zajmował kwasami nukleinowymi. A później temat pracy doktorskiej w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN, w której analizował odczytywanie kodu genetycznego, zdradzał kierunek jego naukowych planów. Wiedział jednak, że nie chce być takim badaczem, którego ograniczają przyznawane granty i stojący nad głową szef. Dzisiaj jest naukowcem, którego jedna praca osiągnęła ponad 50 tysięcy cytowań na świecie, a licznik informacji naukowej bije nadal, każdego dnia.

Głodny sukcesu
Los mu sprzyjał. Jak by potoczyło się jego życie, gdyby nie otrzymał stypendium z Narodowego Instytutu Zdrowia (National Institute of Health)? Tego nie wiadomo, ale ono uświadomiło mu zupełnie nowe możliwości, a jednocześnie wyjazd do USA za czasów PRL podziałał na młodego naukowca, jak zimny prysznic. Pensja w wysokości 20 dolarów, jaką miał zapewnioną w Warszawie, zderzyła się nagle z 700 dolarami amerykańskiej "salary". To było dużo, ale tylko z perspektywy Polaka mieszkającego w swoim kraju. Marzenia dr. Piotra Chomczyńskiego sięgały wyżej.

- Zauważyłem, że kierownik parkingu zarabia więcej pieniędzy od naukowca. Pomyślałem wtedy: Jesteś w USA, kraju biznesu, więc jeżeli chcesz być naukowcem, to tylko na warunkach pełnej wolności - wspomina.

Od tej pory nie opuszczało go dążenie do niezależności od instytucji i ludzi. W kraju nie miał szans na badania, jakie robił w USA, więc "głodny międzynarodowego sukcesu", jak to określa, pozostał za oceanem. Jako visiting scientist (nie posiadający formalnego etatu na uczelni) miał do wyboru pracę w trzech różnych amerykańskich miastach. Wybrał medycynę na uniwersytecie w Cincinati. Ambicje miał ogromne, toteż, gdy pierwsze opublikowane prace nie przyniosły mu rozgłosu, jakiego oczekiwał, poczuł się bardzo zawiedziony. Nagrodę za to rozczarowanie przyniosła mu opracowana metoda wyodrębniania RNA, czyli kwasu rybonukleinowego. W RNA znajduje się klucz do odczytywania zaszyfrowanej informacji genetycznej, którą przenosi DNA.

- Wyizolowanie RNA kosztowało wtedy 100 tys. dolarów i trzeba było czekać trzy dni na wyniki. Moja metoda, prosta i tania, skracała ten proces do trzech godzin i eliminowała wysokie koszty - opowiada biochemik, który najpierw przekazał światu dokładny techniczny opis, a dopiero potem przypadkowo się dowiedział, że wynalazek może i powinien opatentować.

Był wówczas naprawdę dumny z tego, co osiągnął. Przecież odkrył metodę rewolucyjną, której główne walory polegały na tym, że okazała się szybka i dokładna. Uskrzydlała go prawdziwa radość, więc bez chwili wahania całe swoje oszczędności, jakie zgromadził, wydał na ochronę patentową swojego wynalazku. I zaraz pomyślał: Teraz rzucą się wszystkie firmy na świecie. Ale nic takiego się nie stało, więc uruchomił w Houston (Teksas) własny interes i latał tam co weekend, intensywnie pracując nad komercjalizacją swojego wynalazku. W pozostałe dni tygodnia nadal pracował na uniwersytecie. Jak to robił i skąd brał siły? Tylko jasno sprecyzowany cel, jaki sobie postawił, mógł napędzać energią polskiego emigranta.
- Gdy dzisiaj o tym myślę, to mówię sobie, że byłem szczęściarzem. Nauka szybko się rozwija, a mój komercyjny odczynnik, nad którym ciągle pracuję i go rozwijam, wszedł w powszechne użycie na całym świecie - mówi.

Przyniósł i nadal przynosi duże pieniądze. Przyznaje to po amerykańsku, czyli mówi niechętnie, gdy chodzi o finanse. Wie jednak, że dla Polaków miarą sukcesu są amerykańskie "zielone".

- Kiedy wypisywałem pierwszy czek na milion dolarów, musiałem zajrzeć do słownika, bo nie wiedziałem, czy milion pisze się przez jedno, czy przez dwa "l" - dodaje.

Miłość i Alfa-2
Pieniądze i międzynarodowa pozycja uznanego naukowca, którego Amerykanie nazwali "pionierem wyznaczającym drogę biotechnologii" nie zmieniły charakteru Polaka. Pozostał prostolinijnym, otwartym człowiekiem pamiętającym polskie początki swojej kariery. Ale w USA spełnił i nadal realizuje swoje marzenia naukowe. Tam też znalazł prawdziwą miłość.

- Wyglądamy na małżeństwo z trzymiesięcznym stażem, a mamy za sobą już 24 lata wspólnego życia - mówi prof. Piotr Chomczyński o swojej obecnej żonie i pewnie nie zdaje sobie sprawy, że jest to jedno z najpiękniejszych wyznań mężczyzny.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Miał za sobą rozwód w kraju, a praca i robienie kariery tak go zajmowały, że uczucia zeszły na plan dalszy. Jak zwykle pomógł przypadek. Judy będąc naukowcem, zajmowała się medycyną molekularną w tym samym uniwersytecie w Cin-cinati. Kiedyś zaprosiła go na wykład, a później w ich służbową znajomość wmieszał się Kupidyn. Polak wiedział, że spotkał kobietę, z którą chce spędzić resztę życia. Ale w jaki sposób przedstawić "poważne zamiary w stosunku do miss Judy"?

- Zdawałem sobie sprawę, że obydwoje chcemy być ze sobą. Nie wiedziałem jednak, co i jak powinienem powiedzieć, że chcę się z nią ożenić. Kupiłem 30 róż i jej wręczyłem, a ona na nie spojrzała i powiedziała tylko tyle "o, jakie piękne róże". Potem wstawiła je do wazonu. Zrozumiałem, że muszę zapomnieć o polskim zwyczaju i oświadczyć jej się po amerykańsku - opowiada.

Prof. Piotr Chomczyński był jedynakiem wychowanym bez ojca, który zginął w Powstaniu Warszawskim. Matka prowadziła pralnię w samym sercu stolicy. A prof. Judith Heiny wychowała się w typowej rodzinie w Cincinati, gdzie dziewiątka dzieci, jak w jej przypadku, była normą.
- Kiedy pierwszy raz wszedłem do jej domu, poczułem się jak w ulu. Wszędzie były dzieci. Dopiero potem zobaczyłem, jak mocne są ich więzy. Ponieważ wszyscy nie mogą się zjechać na święta Bożego Narodzenia do domu rodziców w Cincinati, zawsze spotykają się w gronie rodzinnym kilka dni później - opowiada.

Połączyło ich uczucie, a scementowała pasja, jaką jest nauka. Pochłonęły ich bez reszty różne dziedziny, ale każde ma osiągnięcia przekraczające granice kraju, w którym żyją i pracują. Prof. Judith Heiny odniosła spektakularny sukces, o którym europejscy naukowcy usłyszą. - Głos więc jest pierwszy! - dopiero jesienią tego roku. Zajmując się fizjologią mięśni, skupiła się na enzymie Alfa-2. Wszyscy fizjolodzy wiedzą, że taki jest, że jest go tam dużo, ale jaka jest jego rola? Na to pytanie jeszcze nikt nie potrafił odpowiedzieć. Zagadkę rozwiązała profesor z Cincinati! Pomogły jej myszy, które wyhodowała bez genu odpowiedzialnego za Alfa-2. Pierwszy etap obserwacji takiego pokolenia nie przyniosły wyjaśnienia. Dopiero, gdy myszkom wstawiła do klatki bieżnię, badaczka zrozumiała swoje odkrycie. Myszy nie były w stanie biegać! Alfa-2 jest czymś w rodzaju przełącznika na wyższy poziom energetyczny. Bez niego człowiek zachowywałby się jak żółw, ślimak czy leniwiec? Nic dziwnego, że rząd USA przeznaczył 3 mln dolarów na te badania.

Najlepszy czas
- Obydwoje mamy teraz taki okres w życiu, że na urlop poszlibyśmy tylko za karę. Ja jestem w prywatnej firmie, żona na uczelni. Pracujemy jak szaleni, bo obydwojgu praca daje szczęście. Przy niej wypoczywamy. To wielkie wyzwanie, jeżeli chce się utrzymać na światowym poziomie - mówi biochemik, właściciel Molecular Research Center, przedsiębiorstwa naukowo-badawczego, którym sam rządzi.

Osiągnął to, co chciał. Sam jest swoim sponsorem i managerem. Będąc jeszcze na uczelni, przez cztery lata finansował uniwersyteckie laboratorium, w którym pracował. Nie uszło to uwadze jego przełożonemu, zdziwionemu brakiem składanych wniosków o grant. Usłyszał wtedy taką odpowiedź ambitnego naukowca: Ja sam sobie płacę.
Finansowa niezależność i zasobność konta widoczna jest także w Wielkopolsce. Najpierw dał się poznać jako założyciel TV Biznes, którego studio znajdowało się w jednym z budynków Międzynarodowych Targów Poznańskich. Był to pierwszy polskojęzyczny kanał o tematyce gospodarczej. Naukowiec mający doświadczenia w robieniu interesów, a takim jest prof. P. Chomczyński, nie zaprząta sobie głowy niebieskimi migdałami nawet w czasie podróży. Często latał z USA do Polski i zawsze na pokładzie samolotu pił sok pomidorowy. Nie każdy lubi jego specyficzny smak, więc pomyślał, aby wziąć z pomidorów to, co najwartościowsze, czyli likopen i dosmaczyć owocami. Ulokowana w Pobiedziskach firma Cinna "Produkty Zdrowia", w której wytwarza się sok owocowy z likopenem, naturalnym czerwonym barwnikiem, powstała dzięki biochemikowi z USA. W ten sposób realizuje swoje plany związane z profilaktyką i zdrowiem człowieka. Wielkopolskie soki, jedyne na świecie posiadające tak duży dodatek zdrowotnego likopenu, podbiły już rynki USA, Szwecji, Norwegii, Francji, Niemiec. A to jeszcze nie koniec, bo ekspansja zdrowia wciąż trwa, a to dobrze wróży także Wielkopolanom szukającym pracy.

- Teraz, gdy mam własne pieniądze, mam wiele projektów, ale nie lubię o nich mówić przed zakończeniem. Jeden z nich, związany ze zdrowiem, jest bardzo poważny. Pracuje nad nim 16 ośrodków w USA (z setką zatrudnionych w nich ludzi) i 10 placówek w Europie. Zakończy się jeszcze w tym roku. Dzisiaj nauka stała się modlitwą, bo naukowiec odkrywa to, co stworzył Stwórca - uważa.

Nadal nie przestaje pracować i ulepszać wynalazku, który przez ćwierć wieku doczekał się nowych, doskonalszych wersji i nadal utrzymuje się na światowym topie. Próbowali go podrobić Chińczycy, ale nawet im się to nie udało.

Człowiek sukcesu na wielu polach, także w wymiarze amerykańskim, znajduje chęci i potrzebę wspierania polonijnej i polskiej nauki, także polskiej kultury. Z dumą mówi, że właśnie jego miasto Cincinati przyznało nagrodę wolności Lechowi Wałęsie. Ale tym razem inicjatorem nie był on, lecz Amerykanie (Tłumaczy: Ja tylko zasiadam w radzie tej instytucji).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie