Święty Marcin musi wstać z kolan!

Błażej Dąbkowski
Maciej Wudarski i Mariusz Wiśniewski, wiceprezydenci Poznania, chcą, by ul. Św. Marcin stała się "salonem"
Maciej Wudarski i Mariusz Wiśniewski, wiceprezydenci Poznania, chcą, by ul. Św. Marcin stała się "salonem" Waldemar Wylegalski
Chory Marcin poczuł się trochę lepiej, teraz liczy na podanie kroplówki, a następnie poważną operację. Operację - rewitalizację. - Święty Marcin musi wstać z kolan! - stanowczo stwierdza Roman Romanowski, księgarz.

Gdyby ul. Św. Marcin ulicą nie była, a po prostu Marcinem, przypominałaby zapuszczonego człowieka z poważnymi problemami zdrowotnymi. Z tym schorowanym, ledwo dyszącym jegomościem byłoby jak w dowcipie opowiadanym przez opozycjonistów w czasach PRL. "Od czego zaczyna się dzień na Kremlu? Od reanimacji Breżniewa". Nasz Marcin od blisko 10 lat przynajmniej raz na kwartał przechodzi resuscytację, masaż serca, chwilowe dotlenienie. Pomaga. Na chwilę.

Facet łapie oddech, ale zżera go zgryzota i pustka, wieczorami na pustej ulicy nie ma się nawet komu wyżalić. Ostatnio jednak coraz więcej osób nadstawia ucha, słuchając o problemach staruszka, pamiętającego jeszcze czasy Otto von Bismarcka, pochody pierwszomajowe i budzący się do życia kapitalizm. Czeka już na karetkę pogotowia, ale zamiast niej nadchodzą od strony Alfy dwaj mężczyźni w garniturach. Zamiast stetoskopu, mają plan.

- Pamiętam te przymusowe, majowe przemarsze - śmieje się Maciej Wudarski, wiceprezydent Poznania. - Jestem trochę młodszy, więc mi w pamięci utkwiła manifestacja Solidarności w 1989 r., na którą zabrał mnie mój tata - dodaje Mariusz Wiśniewski, również wiceprezydent. Obaj mają fajne wspomnienia z tego miejsca, serca Poznania. Jako dzieci ulicę, jak większość poznaniaków, postrzegali także jako najważniejsze miejsce handlu. Tu bowiem znajdował się Dom Dziecka, do którego rodziców wyciągał Wiśniewski. - Naciągałem ich na zabawki - zdradza.

- Ja biłem się z kolei o mundurki w Centralnej Składnicy Harcerskiej, Mariusz też był zresztą harcerzem - uzupełnia Wudarski.
Stoimy na aktualnie wyłączonych z użytkowania torach przy Collegium Historicum. Mariusz Wiśniewski rozgląda się na prawo i lewo. W sumie nie musi tego robić, bo każdy fragment ulicy zna na pamięć, jeszcze jako radny i przewodniczący komisji rewitalizacji, próbował wskrzesić w poprzednich władzach miasta zapał do przywrócenia św. Marcinowi świetności. Teraz ma szansę na realizację swoich pomysłów i postulatów.

- Banków już ubyło, niestety przybyły inne funkcje tej ulicy, niekoniecznie dobrze wpływające na jej pozytywny odbiór, typu apteki, których jest nadmiar, czy lumpeksy. Widzę jednak światełko w tunelu, bo pojawiły się już 2-3 nowe kawiarnie czy hiszpańskie delikatesy. Zakładam jednak, że wszystko zacznie się na dobre zmieniać wraz z inwestycją, która niedługo ruszy - opowiada zastępca Jacka Jaśkowiaka. Ale zanim do niej dojdzie...

Mózg

Podwórko przy ul. Św. Marcin 30. Ten adres zna każdy kinomaniak w Poznaniu, bo Muza to od lat jeden z najważniejszych i najzdrowszych "organów" chorującego Marcina. To był początek lat dwutysięcznych, kiedy po raz pierwszy do kultowego kina w bramie zawędrowała "kiniara" Małgorzata Kuzdra, choć jeszcze wtedy najważniejszym punktem odniesienia był dla niej budynek Auli UAM.

- Kiedy przyjechałam tu na studia, Aula przy Wieniawskiego wydawała mi się najpiękniejszym budynkiem na ulicy. Bardzo ważnym miejscem był też Kuchcik, gdzie stołowaliśmy się ze znajomymi. Potem na marcińskim planie pojawiła się w moim życiu Muza, najpierw jako miejsce, w którym spędzałam czas wolny, a następnie, w 2007 r. jako praca - wspomina kierowniczka kina. Ulica blisko dekadę temu wydawała jej się bardziej przyjazna, choć upadał handel, a przybywało banków i pustych witryn. - A teraz? Teraz nie chce się tu wieczorami być. Dobrze, że mimo wszystko ta pustka nie zniechęca widzów - mówi.

Marzeniem szefowej Muzy jest stworzenie tras kulturalno-gastronomiczno-handlowych, które zatrzymałyby poznaniaków przez cały dzień na ulicy - taka kompleksowa oferta dla rodzin, hipsterów, seniorów, i, co najważniejsze, mieszkańców Św. Marcina. Sama też próbuje je tworzyć.

- Sobotnią trasę rozpoczynam już o godz. 9 od lumpeksu znajdującego się nad Biedronką, gdzie walczę przez około dwie godziny. Jestem zapaloną użytkowniczką ciucholandów, wiem, że ich obecność na Św. Marcinie dla wielu jest świadectwem upadku tej ulicy (podobnie jak na ul. Piotrowskiej w Łodzi). Następnie zatrzymuję się na kawę, później idę do kina. Są więc już teraz możliwości spędzenia w przyjemny sposób kilku godzin na Marcinie - zapewnia.

Jej zdaniem brakuje jednak miejsca dla pieszych, elementów małej architektury, drzew, skwerów, na których można by na chwilę przysiąść.

- Oprócz tego, gdzie postawi się zakaz wjazdu, gdzie pojawi się skręt w lewo, a gdzie w prawo, należy podjąć działania, które sprawią, że ludzie po prostu będą chcieli tu być. Kiedy działała w naszej bramie kluboksięgarnia Głośna, następnie Cicha Kuna, miejsce, w którym niegdyś był pomysł stworzenia kamienicy kultury, dawało to szansę na kompleksową ofertę. Po Poranku Rodzinnym w kinie, ludzie szli na piętro wypić kawę i kupić książkę w Tristero - opowiada.

Marzenia o "kulturalnej" bramie pierzchły jednak w czerwcu, kiedy okazało się, iż lokal wynajmowany na kawiarnię nie spełnia wymogów lokalu użytkowego do prowadzenia gastronomii.

Roman Romanowski, zapalony księgarz i antykwariusz, został wtedy jednym z "wygnańców" ze Św. Marcina. Jego księgarnię Tristero przygarnął KonterArt. Nad Wartą będzie do końca września, obawia się, że to ostatni miesiąc jego działalności. Przez 4 lata pracy na Św. Marcinie poznał, jak sam to określa, "marciński folklor", którego przez blisko dwie dekady skutecznie dusiło miasto i właściciele prywatnych kamienic.

- Mamy to, co chcieliśmy, jeśli władze reprezentują wolę obywateli miasta, a ci, jak widać, chcieli centrów handlowych, a nie miejsc klimatycznych, niszowych. Ulica została, jest nikomu niepotrzebna - stwierdza.

Roman mógłby wylądować teraz w City Center albo Plazie, sprzedawać bestsellery, poradniki, książki służące tylko po to, by je zniszczyć, ale nie chce. Tęskni.

- Na Marcinie udało mi się stworzyć grupę ludzi, którzy szukali czegoś innego, a nie czystej oferty komercyjnej - podkreśla.
Księgarz nie widzi jednak światełka w tunelu dla mikroprzedsiębiorców, wnoszących w miejską tkankę coś więcej niż produkt książkopodobny.

- Może to argument z kosmosu, ale uważam, że miasto powinno się zastanowić nad dopłacaniem do interesów na podupadłych ulicach. Zwłaszcza jeśli są to inicjatywy również kulturotwórcze. Skoro ministerstwo rolnictwa może finansowo wspierać rolników, to dlaczego miasto nie może lokalnych przedsiębiorców? - pyta.

Muzie idzie zdecydowanie lepiej, choć po raz pierwszy od siedmiu lat w 2014 r. spadła frekwencja.

- Robimy, co możemy, ale trudno jest nawet o załatwienie tak błahych spraw, jak pozwolenie na wymalowanie podwórka i zwrot kosztów tego remontu w zwolnieniu z czynszu. Składamy kolejne pisma w ZKZL i nic z tego nie wynika - zauważa Małgorzata Kuzdra.

Serce

- Dla mnie to nadal bardzo ważna ulica - podkreśla Anna Hryniewiecka, dyrektor CK Zamek. - To przestrzeń naszego działania, kontekst tego, co robimy w Zamku. To także miejsce eksperymentów, ponieważ sami zaangażowaliśmy się w rewitalizację ulicy w możliwej dla nas skali i próby pokazania, że Św. Marcin może mieć inne, kolorowe momenty w swoim szarym życiu - dodaje.

Kiedy Hryniewiecka, rodowita wrocławianka, przyjeżdżała na wakacje do babci do Poznania, nie przypuszczała, że kiedyś sama włączy się w uzdrawianie ulicy.

Dla niej, jeszcze jako studentki historii sztuki, po przeprowadzce do stolicy Wielkopolski, ulica, wówczas Armii Czerwonej, była synonimem centrum Poznania, miejscem ważnym, dość monumentalnym, gdzie realizowały się wszystkie istotne funkcje centrum miasta. Odwiedzała sklepy, na obiad chodziła do baru mlecznego, ale sytuacja diametralnie się zmieniła. Trzeba było zacząć szukać wyjścia z trudnej sytuacji, organizując dyskusje, badania, akcje i wydarzenia kulturalne, Ulica Książek, Rytmy Marcina, Imieniny Ulicy czy realizowane w ramach programu literackiego "Zamek reporterów" warsztaty, których efektem będzie napisanie historii dotyczących ulicy. Wszystko w ramach inicjatywy Strefa Święty Marcin.

- Problem rewitalizacji i przywrócenia życia ulicy jest niezwykle złożony i powinien być rozpatrywany w wielu aspektach, przede wszystkim biorąc pod uwagę ten ludzki. Nie może to być projekt utopijny, dlatego tak ważne jest, by jego tworzenie odbywało się w kontakcie i kontekście potrzeb mieszkańców Poznania, ulicy, przedsiębiorców, studentów - uważa Anna Hryniewiecka.

Dyrektor CK Zamek mówi, że ulica jest tak skomplikowana, tak różnorodna, podzielona na fragmenty, różne światy.

- Ta różnorodność może przekładać się na bardziej otwarty sposób zagospodarowywania przestrzeni, gdzie znajdzie się także miejsce na realizację eksperymentu artystycznego. Warto dać szansę artystom, którzy mogliby przygotowywać swoje projekty małej architektury - kontynuuje. - To stworzyłoby efekt poligonu artystycznego, miejsca poddającego się różnym próbom. Przestrzeni z atmosferą bliską, np. artystycznego Berlina, przez to różnorodnej i ciekawej, poddającej się zmianom, które przecież są właściwe dla żywej tkanki miasta. To oczywiście bardzo trudne wyzwanie, ale taki właśnie kierunek myślenia o tej ulicy wydaje mi się najlepszy i najbardziej dla niej "życiodajny".

- Błędem byłoby projektowanie eleganckiej przestrzeni salonowej, ponieważ mamy obawy, że to się nie sprawdzi. Św. Marcin nie ma takiego potencjału, świat z eleganckimi sklepami z markizami już nie wróci - stwierdza Hryniewiecka.
Kiedy za 10 lat stanie przy wejściu głównym do Zamku, chciałaby zobaczyć... życie. Przede wszystkim ludzi!

- Sklepy, troszkę kawiarni, księgarnie, nawet second handy, ale z estetycznym szyldem. Nie chcę widzieć tu Prady i Diora, tylko zmodernizowane Alfy i miejsce odpoczynku przed kościołem św. Marcina. Do tego handel uliczny i czyste chodniki - wylicza.

Chora tkanka?

Jacek Maleszka od niedawna jest radnym osiedlowym na Starym Mieście. Z wykształcenia architekt, z zamiłowania społecznik. Kiedy pytam, co go najbardziej martwi, wymienia zawłaszczenie przestrzeni ulicy przez samochody, niewykorzystanie potencjału marcińskich podwórek i budynek, który może zacząć straszyć, dokładnie tak jak zalepione taśmą klejącą witryny sklepów. Collegium Historicum.

- Morasko jest wielką ideą uniwersytetu, ale Wydział Prawa jakoś może pozostać w centrum. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby studenci historii mogli nadal utożsamiać się z tak ważnym budynkiem, jakim jest Collegium Historicum - mówi.

Piotr Luczys, socjolog miasta: - Na pewno fajnie by było, gdyby udało się ocalić stołówkę znajdującą się w podziemiach budynku. To był ważny punkt dla mieszkańców, szczególnie tych mniej zamożnych. Warto także pamiętać, że mieściła się tam siedziba Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Nie jest to miła, fajna historia, ale takie są fakty i wydaje mi się, że można by było pokusić się o stworzenie tam muzeum lub izby temu poświęconej. Budynek można by również udostępnić Archiwum Miejskiemu, bibliotekom. Nie pokuszę się jednak o wskazanie najsensowniejszego rozwiązania. Tak czy owak wyprowadzka studentów jest bez wątpienia kolejnym przejawem obumierania ulicy.

Małgorzata Kuzdra: - Można spróbować z pracowniami artystycznymi, ale wtedy budynek potrzebowałby gruntownej przebudowy. Może alternatywny hotel lub hostel? Miejsc hotelowych w centrum nie jest przeraźliwie dużo. Obawiam się jednak, że budynek może zostać pustym straszydłem.

Po wizycie u lekarza

- Podjęliśmy decyzję o pogłębieniu konsultacji społecznych, gdyż wcześniej były one potraktowane po macoszemu. Przeprowadziliśmy ankiety wśród mieszkańców i przedsiębiorców, które pozwoliły stworzyć nam zbiór przydatnych informacji. Na pewno pokazały one, że obie grupy chcą uspokojenia tego miejsca pod względem ruchu samochodowego. Oczekują też wysokiej jakości architektury oraz większej obecności zieleni. Zawiązaliśmy w tej sprawie koalicję - opowiada Mariusz Wiśniewski.

Jaki więc będzie św. Marcin? Wiśniewski oczekuje, że stanie się "salonem", ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nie wykluczającym nikogo. Miejscem estetyczny, zadbanym, przyjaznym, oknem miasta, powiązanym z ul. Kantaka, Ratajczaka, Placem Wolności.

Do takiego rozwiązania ma doprowadzić konkurs urbanistyczno-architektoniczny na zagospodarowanie od lat zaniedbanej przestrzeni śródmieścia. Ogłoszenie jego wyników planowane jest na koniec listopada. Wstępnie szacuje się, że jego pierwszy etap, obejmujący remont ul. Św. Marcin na odcinku ul. Kościuszki - ul. Ratajczaka, bez uwzględnienia infrastruktury tramwajowej będzie kosztował około 19 milionów złotych, a razem z nią ponad 30. Prace mają się rozpocząć pod koniec przyszłego roku, a zakończyć po dwóch latach.

W tym roku mają zostać przeprowadzone jednak pilotażowe zmiany. Czuwać nad nimi będzie Maciej Wudarski.
- Testowe wyłączenie świateł na al. Marcinkowskiego, zachęciły nas do realizowania szerzej tego projektu i włączenia do niego również ul. Św. Marcin. Oprócz tego pojawi się zawężenie pasa drogowego jezdni południowych, nastąpi też wprowadzenie tam miejsc do parkowania równoległego - opisuje.

- Jeżeli pójdziemy w kierunku uczynienia jej częścią Traktu Królewsko-Cesarskiego, to będziemy legitymizować przywrócenie ulicy rodem z XIX w. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę głosy mieszkańców, ulica powinna stać się oazą spokoju, zieleni i ciszy. Ta druga perspektywa przypomina chęć stworzenia łącznika między dwoma zamkniętymi osiedlami, tak popularnymi w XXI w. Wydaje mi się jednak, że powinniśmy spojrzeć na to, co jest pomiędzy, czyli początek lat 90. XX w. To wtedy na Św. Marcinie rozgrywało się wiele festiwali artystycznych, powstawały pierwsze kluby, ciekawe spotkania odbywały się w podwórkach i na tyłach Alf. Więc jest to również ciekawa historia pod kątem subkulturowym. Szkoda, że nikt o tym nie myśli, bo taka koncepcja nie pasuje zarówno zwolennikom stworzenia ulicy na nowoczesną modłę, jak i tym, którzy chcą wrócić co najmniej 100 lat wstecz - podsumowuje Piotr Luczys.

Dwaj mężczyźni w garniturach wracają na pl. Kolegiacki. Chory Marcin poczuł się lepiej, liczy na podanie kroplówki, a następnie poważną operację. Operację - rewitalizację. - Święty Marcin musi wstać z kolan! - stanowczo stwierdza Romanowski.

Wideo

Komentarze 14

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

t
t
akurat Wiśniewski jest osobą, która dla ożywienia Warty zrobiła w Poznaniu już bardzo dużo - a stanowisko zajmuje od niecałego roku
c
czyli
w samym sercu Poznania rewitalizuje "potiomkinowską wioskę".
Rewitalizacja stworzy łudzące, świetne pozory, które przysłonią przykrą rzeczywistość.
Wszystko to co kryje się za fasadami starych budynków.
W pakiecie, z wzrokiem wlepionym w nowe chodniki,
przebrani za poznaniaków będą wznosić radosne, "kulturalne" okrzyki.
w
wyborca
Proponuję v-ce Prezydentą zamiast lansowania się nierealnym ożywianiem czegoś co świetne było dawno,zająć się zagospodarowaniem rzeki Warty bo wygląda na to,że ten temat ich przerósł.Dowodem na to artykuł zamieszczony w tym samym wydaniu Głosu.Tu potrzeba konkretnej pracy i umiejętności gospodarowania. Hasło"weżmiemy się i zrobicie" na tym etapie zarządzanie nie działa.
P
Pszczółka13
było wyprowadzenie studentów na peryferie miasta. Oni również, przez dziesięciolecia, tworzyli klimat miasta.
Trochę zbaczając z głównego tematu. Dom Dziecka - jeśli się mylę, proszę mnie poprawić, wcześniej mieścił się w jednej z przepięknych kamienic przy 27 Grudnia. W innej były delikatesy, z zachowaną przedwojenną drewnianą boazerią, którą usunięto chyba w latach osiemdziesiątych i ściany pomalowano na biało. Wyglądało to paskudnie i bardzo szybko się pobrudziło.
E
Ewka z Kontenerów
Najsłabszym elementem kulturowym są Imieniny Ulicy. Popularność podtrzymuje tzw. tradycja, m.in. sławne rogale. Niestety forma korowodu jest w obecnej postaci strasznie słaba i nie do przyjęcia. Zamiast kilku małych platform i kilku maści stworzeń, należałoby zaangażować młodzież, ośrodki kultury, a nawet całej Wielkopolski do współtworzenia tego wydarzenia. Aż prosi się o to by zrobić konkurs orkiestr dętych województwa, spośród których wybierze się 5 najlepszych, które będą mogły pokazać się podczas korowodu. Pomiędzy nich należy włożyć platformy z kuglarzami, inicjatywami lokalnymi, machiny, platformy z efektami, symbolami poznańskich i wielkopolskich sukcesów, odnoszących się do historii i czasów obecnych. Ponadto, jest to dzień niepodległości, więc połączmy siły z obchodami organizowanymi przez Urząd Wojewódzki i pokażmy nasze wojsko, i grupy rekonstrukcyjne, jak i obecne formacje. Gwarantuję, że korowód będzie trwać dużo dłużej, będzie ciekawszy, pełen energii, muzyki, efektów. Ostatnie podrygi korowodu to dożynkowa farsa.
z
z boku
"Problem rewitalizacji i przywrócenia życia ulicy jest niezwykle złożony i powinien być rozpatrywany w wielu aspektach, przede wszystkim biorąc pod uwagę ten ludzki. " - ale banały p.Hryniewiecka. Njagorsza wypowiedź z przytoczonych. Banał goni banał.
G
Gość
"W latach 60-tych próbowano tu utworzyć zdrową komercję"
Najzdrowszą pod słońcem, bo z pustymi półkami?
Kamienice były "piękne",
ale zaraz po wojnie skuwano obce ideologicznie elewacje.
Wyeksploatowane, latami bez remontów, zdewastowane kamienice
wymagają takich nakładów z krótkotrwałym efektem,
że bardziej opłaca się je zburzyć
i pieczołowicie odtworzyć współczesnymi technologiami.
e
emeryt
Zamieszkałem w Poznaniu w latach 80-tych ubiegłego stulecia i wtedy POZNAŃ w rankingu miast polskich należało pisać DUŻYMI LITERAMI. Polityka obecnych "samorządowych" władz zmierza do pisania nazwy tego miasta bardzo małymi literami.
Przecież na ulicę "ŚW MARCIN" zamiejscowi nie przyjadą bo samochody w Poznaniu są niemile widziane,a miejscowi nie mają tam po co jechać/ tramwajem dla emeryta - stuknijcie się w głowę/.
k
kar
To skandal , żeby wydawać 30 mln na budowę ulicy na która nikt nie przyjdzie ani nie przyjedzie bo nie będzie jak. Lepiej wydać te pieniądze na budowę wiaduktów kolejowych na Woli , czy na ulicy Lutyckiej . Tam samochody stoją w gigantycznych korkach na ci zamknietych przejazdach kolejowych.
A
A.
W latach 60tych próbowano tu utworzyć zdrową komercję. Efektem jest Alfa...
Kamienice z pocz. XX w. są piękne, tylko wymagają remontu. I żeby ten salon nie był taki, jak ten na nowym placu Asnyka...
w
wredziola
Tylko obawiam się, że w poznańskich realiach największy oszołom, tylko dlatego że związany z rządzącą ekipą, dostanie prawo realizowania swojej wizji... i będzie ona straszna, na miarę Gargamela na Wzgórzu Przemysła. Tam też "komitet" i "społecznicy" działali... No i jeszcze kwestia inwestycji. Wiadomo jak ich realizacja w mieście wygląda... Czyli szykowałaby się nam katastrofa do kwadratu, jeśli nie sześcianu.
G
Gość
Właśnie mija okres trwałości betonu użytego do budowy "poznańskiego Manhattanu", czyli "Alfy"
Za "Manhattanem" w syficznym rozkwicie pysznią się relikty osiemnastowiecznej zabudowy.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie inwestuje w stare podarte gacie z nadzieją w sercu,
że podejście do nich z "kulturą", koronkami i nadchnioną kreatywnością ludzi "kultury"
zrobi z gaci suknię balową albo "salon".
Trwałość krajobrazu zapewnia tylko "zdrowa komercja".
Stare gacie po prostu się wyrzuca.
Z doświadczenia wiadomo,
że "rewitalizacja starych podartych gaci" kosztuje tyle co trzy pary nowych.
Wyburzenie kwartału pomiędzy Gwarną, św. Marcinem, Ratajczaka i 27 grudnia,
udostępnia bardzo, bardzo atrakcyjną glebę pod naprawdę wielkomiejską zabudowę na miarę XXI wieku.
Niech miasto zatrudni urbanistę-architekta, przyziemnego wizjonera,
który położy podwaliny pod nowe założenie architektonicznej zabudowy centrum miasta Poznania.
Dawniej nie posługiwano się "mądrością zbiorową" i miasta w ówczesnej stylistyce były po prostu piękne.
"Mądrość zbiorowa" jak dotąd zawsze okazywała się "zbiorową głupotą".
P
Poznaniak
Czytając artykół mam wrażenie ze wiceprezydenci zostali małymi chłopcami do dzisiaj. Może i kiedyś można było naciągać rodziców na zabawki ale czas dorosnąć. Poznaniacy nie dadzą się naciągać na pomysły chłopców, którzy nie zauważają ze swiat się zmienia i ze są ważniejsze problemy w mieście. Rok po wyborach i ciągle piepszenie bez sensu i trwonienie pieniędzy
m
maciek
Spytałem znajomego, który szuka mieszkania. Spytałem się czy nie chciałby zamieszkać gdzieś w centrum. Spojrzał na mnie jak na kretyna i powiedział: nie chcę mieszkać z żulami.

Drodzy politycy: jeśli chcecie mieć ludzi w centrum to najpierw pozbądźcie się meneli z centrum inaczej nikt z własnej woli się tu nie będzie wprowadzać.
Dodaj ogłoszenie