Poznań już nie jest półmilionowa metropolią. Poznaniacy uciekają z miasta do powiatu

Bogna Kisiel, Paulina Jęczmionka-Majchrzak
Jan Grabkowski, starosta poznański "na ringu" z Jackiem Jaśkowiakiem, prezydentem Poznania. Starosta mówi, że nie musi boksować się o mieszkańców. Tańsze grunty, niższe koszty życia na wsi, możliwość postawienia własnego domu, przyroda, cisza - te atuty same przyciągają ludzi do powiatu. Z kolei prezydent twierdzi, że ma receptę na wyludniający się Poznań. Co więcej już wdraża te rozwiązania wzorem Kopenhagi i Drezna
Jan Grabkowski, starosta poznański "na ringu" z Jackiem Jaśkowiakiem, prezydentem Poznania. Starosta mówi, że nie musi boksować się o mieszkańców. Tańsze grunty, niższe koszty życia na wsi, możliwość postawienia własnego domu, przyroda, cisza - te atuty same przyciągają ludzi do powiatu. Z kolei prezydent twierdzi, że ma receptę na wyludniający się Poznań. Co więcej już wdraża te rozwiązania wzorem Kopenhagi i Drezna Grzegorz Dembiński
Poznań cały czas się wyludnia. Już w drugiej połowie ubiegłego roku liczba zameldowanych mieszkańców spadła poniżej magicznej granicy 500 tysięcy osób. Dlaczego opuszczamy miasto, wybierając powiat? I co będzie dalej?

Jeszcze 20 lat demografom nawet się nie śniło, że Poznań będzie kiedyś miastem na prawach powiatu liczącym mniej niż pół miliona mieszkańców. Wybitny, poznański demograf prof. Mieczysław Kędelski w 1994 roku – po dokładnej analizie – prognozował, że w 2015 r. miasto będzie zamieszkiwać 600 tys. osób. Niestety, procesy demograficzne potoczyły się inaczej. Już w połowie ubiegłego roku pękła półmilionowa granica i w Poznaniu było zameldowanych 498,6 tys. osób. Na koniec czerwca br. było ich już o 5,3 tys. mniej. Nie równa się to jednak liczbie osób mieszkających w mieście. Różnica między ludnością zameldowaną, a taką, która na stałe tutaj żyje, może wynosić 40-60 tysięcy.

Migrują młode rodziny na dorobku
Zjawisko „rozlewania się” miast i spadku liczby ludności nie jest nowe i dotknęło większości miast Europy. Według ekspertów, było nieuniknione także w Poznaniu.

— Wynika to z kilku czynników. Po pierwsze, ze zmniejszającej się co roku liczby urodzeń – mówi dr Krzysztof Szwarc z Katedry Demografii i Statystyki Uniwersytetu Ekonomicznego. – Ze współczynnika dzietności wynika, że jedna kobieta w wieku rozrodczym w Poznaniu wydaje na świat średnio 1,1 dziecka. Oczekiwany współczynnik to 2,1.

Optymistyczne nie są też dane dotyczące przyrostu naturalnego (różnica między liczbą urodzeń a liczbą zgonów). W ostatnich 10 lat kształtuje się bowiem w okolicach zera. W 2015 r. wyniósł minus 0,3 promila.

Drugim czynnikiem istotnie wpływającym na spadek liczby mieszkańców jest migracja. Według wyliczeń dr. Szwarca Poznań rocznie traci ok. 2 tys. osób, najczęściej to młode rodziny z dziećmi, które wyprowadzają się do podpoznańskich gmin. – To proces obiektywny i naturalny – mówi dr Jacek Pokładecki, politolog z Zakładu Badań Władzy Lokalnej i Samorządu WNPiD UAM. – Na decyzję o wyprowadzce wpływa wiele czynników społecznych i ekonomicznych. Wymienić można np. wzrost zamożności społeczeństwa, dla którego mieszkanie w bloku przestało już być luksusem. Ludzie chcą zmiany komfortu życia, więc wybierają duży dom z ogrodem, z dala od zgiełku, zanieczyszczeń oraz spojrzeń wielu sąsiadów. Dodatkowo, charakter ich pracy coraz częściej już nie wymaga wychodzenia z domu, posiadania biura gdzieś w mieście.

Politolog podkreśla, że bardzo istotne są inne względy ekonomiczne. Mieszkanie poza rogatkami Poznania jest po prostu tańsze. Mowa nie tylko o niższych cenach nieruchomości, ale i np. podatkach, ubezpieczeniach, opłatach za wywóz śmieci. Pocieszające dla miasta jest jednak to, że w ostatnich latach przeprowadzek jest trochę mnie. Najwyższe saldo migracji – minus 5,6 promila – odnotowano w 2008 r. Teraz wynosi minus 2,8. Także demografowie wskazują, że w ostatnich dwóch latach zaobserwowali mniejszy o ok. pół tys. osób odpływ. Ale nie można jeszcze nazwać tego trendem czy wyhamowaniem.
Politycy dostaną mniej mandatów
Powoli widoczne stają się pierwsze efekty kurczenia się miasta. I będzie się to tylko nasilać. Mało kto wie, że namacalna zmiana czeka poznaniaków już podczas wyborów samorządowych w 2018 r. Zgodnie z ustawą, wraz ze spadkiem poniżej 500 tys. mieszkańców 37-osobowa dziś rada miasta musi stracić trzech radnych.

– To spore wyzwanie, bo będziemy musieli na nowo podzielić miasto na okręgi – mówi Grzegorz Ganowicz, przewodniczący rady z PO. – Zmiana będzie istotna, bo zamiast siedmiu okręgów, będzie sześć. Trzeba na nowo ustalić regułę przedstawicielstwa, wziąć pod uwagę średnie liczby mieszkańców dzielnic, przyłożyć to wszystko do mapy.

Ganowicz uważa, że samo funkcjonowanie rady miasta za bardzo się nie zmieni. Być może nie da się utrzymać wszystkich komisji, bo będzie w nich za mało członków. Są jednak i pozytywne aspekty. – Zmniejszenie liczby radnych zmusi tych wybranych do większego zaangażowania, bo zadania pozostaną te same – mówi dr Jacek Pokładecki. Ale dodaje, że istnieje też ryzyko powstania tzw. białych plam na mapie wyborczej Poznania. – Już teraz 37 radnych przypada na ok. 420 tys. osób uprawnionych do głosowania. A to oznacza, że niektóre części miasta, osiedla, grupy społeczne nie mają swojego reprezentanta – podkreśla politolog. – To się pogłębi, jeśli liczba radnych spadnie do 34. Lukę mogą wypełnić świetnie rozwijające się rady osiedli i oddolna aktywność mieszkańców. Ich rola będzie rosła.

Jednocześnie jednak sama rada miasta może zacząć jeszcze bardziej się upolityczniać. Eksperci przewidują, że w siłę będą rosły partie polityczne. Chociażby dlatego, że mają więcej pieniędzy na kampanię niż małe, lokalne komitety. A im mniej w okręgu mandatów do zdobycia, tym większe szanse silnych, czyli zwykle partyjnych grup. Ponadto, tym mniejszym trudniej przekroczyć 5-procentowy próg uprawniający do udziału w podziale mandatów. Które siły polityczne mogą stracić te trzy miejsca? Politolodzy i lokalni politycy nie chcą wróżyć z fusów. – W radzie są trzy duże kluby, więc można by zakładać, że każdemu ubędzie po jednym mandacie – mówi Grzegorz Ganowicz. – Ale decyduje o tym tyle zmiennych, że na dwa lata przed wyborami symulacje nie mają najmniejszego sensu.

Mniejsza rada miasta to polityczny skutek wyludniania. Spodziewać się należy wielu społecznych i finansowych minusów. Skoro ludzie się wyprowadzają i rodzi się mniej dzieci, nieuniknione jest starzenie się populacji. - Obecnie mamy 125 tys. seniorów, czyli osób w wieku 60 plus. Tendencja jest wzrostowa – mówi wiceprezydent Jędrzej Solarski. – Z prognoz demograficznych wynika, że w 2050 r. połowę mieszkańców miasta będą stanowić seniorzy. Z jednej strony, podejmujemy działania, których celem jest zatrzymanie młodych, z drugiej, staramy się stworzyć taką ofertę dla osób starszych, by jak najdłużej czuli się dobrze i pozostawali aktywni.

Starzejąca i kurcząca się społeczność oznacza też mniej klientów w urzędach, sklepach czy uczniów w szkołach. Te ostatnie były likwidowane już w ubiegłych latach, a zaledwie w czerwcu radni zdecydowali o zamknięciu kolejnych 50-ciu placówek.
– Istnieje ryzyko, że trzeba będzie dalej je zamykać. Podobnie, może się okazać, że np. galerii handlowych jest w mieście za dużo i nie są w stanie się utrzymać – uważa dr K. Szwarc.

Utrzymać się będzie też o wiele trudniej samemu miastu. – Najtrudniejszym pytaniem w kontekście malejącej liczby mieszkańców jest to, czy przy wynikających z tego, spadających wpływach do budżetu, miasto będzie w stanie wypełniać swoje zadania, zapewnić wszystkie dotychczasowe usługi i utrzymać ich jakość? – wskazuje dr Pokładecki. – Finanse miasta mogą okazać się największym problemem – dodaje.

Powiat „puchnie” na potęgę?
W ciągu ostatnich pięciu lat liczba mieszkańców powiatu wzrosła o niemal 30 tys. osób i łącznie w 17 gminach sięga prawie 380 tys. Tylko pomiędzy 2014 a 2015 rokiem przeprowadziło się tu ponad 7 tys. osób.

- Mówienie jednak o masowym przenoszeniu się mieszkańców z miasta do powiatu jest przesadzone – uważa Jan Grabkowski, starosta poznański. – Przeprowadziliśmy badania, z których wynikało, że w latach 2012-2014 w powiecie przybyło ponad 20 tys. osób, a z miasta ubyło 3,5 tysiąca. To zatem kropla w morzu. Przeprowadzają się do nas ludzie z całego regionu, a także spoza niego. Powiat to przecież około 60 tysięcy podmiotów gospodarczych. Wśród samych mieszkańców brakuje rąk do pracy.

Starosta jednym tchem wymienia atuty podpoznańskich gmin, wskazując, że powiat nie musi tworzyć strategii przyciągania ludzi, bo to naturalny proces. Tańsze grunty i niższe koszty życia na wsi, możliwość postawienia własnego domu, przyroda, cisza, bliskość administracji, szybsze i łatwiejsze załatwianie spraw w urzędach – to według Grabkowskiego tylko niektóre czynniki przemawiające na korzyść powiatu.

Istotna jest też, co pokazują statystyki, sama odległość od stolicy regionu. Największym zainteresowaniem cieszy się bowiem tzw. pierwszy pierścień powiatu, czyli miejscowości leżące na samej granicy z Poznaniem. W ciągu ostatnich pięciu lat największy przyrost mieszkańców odnotowała gmina Komorniki. Według danych starostwa w latach 2011-2015 przybyło jej 4682 zameldowanych osób, co łącznie daje ponad 25,5 tys. mieszkańców. Te liczby nie dziwią, gdy spojrzy się chociażby na gęstą zabudowę graniczących z Poznaniem Plewisk.
Gminę Komorniki wybrał Zbigniew Kaczmarek, który przeprowadził się z Poznania kilka miesięcy temu. – Lepiej się tu mieszka. Cisza, spokój, blisko do Wielkopolskiego Parku Narodowego – wylicza. Jego zdaniem, jedyny mankament to organizacja odbioru śmieci. - W Poznaniu na osiedlu było dużo kontenerów, śmieci wywożono co 2-3 dni – wspomina. - Tu musieliśmy kupić własny pojemnik. Nawet 240-litrowy nie wystarcza na czteroosobową rodzinę. Odpady odbierane są co dwa tygodnie. Najbardziej irytują mnie worki na śmieci segregowane.

Kaczmarek podkreśla jednak, że w Komornikach ma wszystko, czego potrzebuje. – Sieć sklepów jest imponująca – uważa. – Piwo wolę wypić we własnym ogródku niż pubie w Poznaniu. Choć gdy przyjadą goście, pewnie pojedziemy na Stary Rynek.

Pan Zbigniew nadal jest zameldowany w Poznaniu, a żona i dzieci – mają nowy adres. Ale to w mieście pracują i uczą się.

Drugą pod względem przyrostu liczby mieszkańców gminą jest Dopiewo, któremu przez pięć lat przybyły 4062 meldunki i na koniec 2015 r. miało ok. 23,5 tys. mieszkańców. - W tej gminie przykładem niesamowitej rozbudowy i lokowania dużych osiedli jest miejscowość Dąbrówka – mówi Jan Grabkowski. – Na trzecim miejscu pod względem popularności wśród nowych mieszkańców powiatu plasuje się Kórnik, który jest świetnie skomunikowany z Poznaniem, do tego urzeka przyrodniczym otoczeniem. Podczas gdy takie gminy jak np. Puszczykowo nie mają już możliwości rozbudowy, szanse stają przed innymi, które rozwijają się gospodarczo i zyskują lepsze połączenia komunikacyjne. To np. Rokietnica czy najmniejsza gmina Kleszczewo.

Tę ostatnią wybrała właśnie Weronika Szurko, z zawodu budowlaniec, który prowadzi bloga „Budująca Mama”. Wcześniej mieszkała na ratajskim blokowisku. Z mieszkania widać było park i Wartę. Problem pojawił się, gdy zaczęli myśleć z mężem o dziecku. Na kupno mieszkania w mieście nie było ich stać. Bali się kredytu do końca życia. – Marzyliśmy o własnym domu, ale ceny działek w mieście były gigantyczne. Postanowiliśmy wyprowadzić się na wieś – mówi Weronika Szurko. Ich działka w Kleszczewie ma 700 m. kw. Dom zbudowali z mężem sami i nadal go wykańczają. Chwalą sobie życie na wsi.

– W urzędach wszystko szybciej się załatwi, nie ma problemu z miejscem w przedszkolu, mamy własne podwórko – twierdzi pani Weronika. – W Poznaniu bywam okazjonalnie, by się z kimś spotkać, coś kupić. Większość spraw załatwiam w pobliskim Swarzędzu czy Środzie Wlkp.
Dojazd na rondo Rataje autobusem podmiejskim zajmuje Szurko 50 minut, a autem - 20 minut. Podróże ułatwia znajdujący się niedaleko węzeł autostradowy.

Nie wszyscy jednak chwalą tak dynamiczny rozrost powiatu, wskazując że zamiast prawdziwych wsi powstają blokowiska. – „Puchnący” powiat ziemski to nieszczęście dla Poznania – mówi Lech Mergler ze Stowarzyszenia „Prawo do Miasta”. – Wokół są jedne z największych wsi w Polsce. Są większe niż większość miasteczek. W skrajnym podejściu byłbym zwolennikiem ograniczenia zabudowy wielorodzinnej jedynie do ośrodków z prawami miejskim, by takich przerośniętych wsi nie było – dodaje.

Ma potencjał i perspektywy
Najniższe w kraju bezrobocie, dobre szkoły, wysoki poziom uczelni, bliskość przedszkoli i żłobków, wszechstronna i bogata oferta kulturalna, coraz więcej miejsc do wypoczynku i rekreacji, kliny zieleni – to tylko część atutów Poznania, które mogą być zachętą, by tutaj się osiedlić.

– Poznań to jedno z najlepszych miast do życia – uważa L. Mergler. I wspomina: – Na studia wyjechałem do Wrocławia, tam się ożeniłem. Miałem dylemat: zostać, czy wracać. Wróciłem. To prawda, że zdarzyło się tu szereg niedobrych rzeczy, są duże zaległości do nadrobienia, problemy do rozwiązania, ale Poznań ma potencjał i perspektywy.

Marzena Walaszek z UAM w jednym z opracowań dla Centrum Badań Metropolitalnych wśród silnych stron Poznania wymienia: wysokie zarobki przeciętnego poznaniaka, prężny rozwój rynku mieszkaniowego, stosunkowo niskie ceny komunikacji publicznej i opłat komunalnych, dostępność służby zdrowia, dobrą jakość środowiska i powietrza.

Z najnowszego „Raportu o polskich metropoliach 2015”, przygotowanego przez Pricewaterhouse Coopers, wynika, że najsilniejszym atutem Poznania są ludzie. Miasto ma bardzo wysoki potencjał rozwojowy, mocną pozycję finansową, jest atrakcyjne inwestycyjnie, czego niestety nie potrafi w pełni wykorzystać tak w kraju, jak i Europie. Dobra jest jakość życia, zadowalający rozwój infrastruktury.
30-letnia Karolina Małecka ponad 20 lat – od urodzenia do zakończenia studiów – mieszkała w podpoznańskim Puszczykowie. Choć do dziś uwielbia leniwe, niedzielne popołudnia w ogródku rodziców, nie wyobraża już sobie powrotu. Wraz z mężem nazywają siebie mieszczuchami. Przez kilka lat wynajmowali mieszkanie.

– Jesteśmy dwa lata po ślubie, rok temu wzięliśmy kredyt i kupiliśmy na Wildzie trzypokojowe mieszkanie z rynku wtórnego, które dodatkowo potrzebowało drobnych remontów – mówi K. Małecka. – Kosztowało tyle, ile wydalibyśmy na budowę sporego domu za miastem. Sęk w tym, że woleliśmy wydać więcej na coś mniejszego w Poznaniu, niż mieszkać poza nim. Musimy żyć skromniej, dłużej spłacać kredyt, ale jesteśmy szczęśliwi.

I pani Karolina, i jej mąż jeżdżą do pracy rowerami. Nie stoją w korkach, zajmuje im to ok. 20 minut. Do centrum miasta idą z kolei pieszo około 15 minut. O wieczornym wyjściu często decydują spontanicznie, np. tuż przed rozpoczęciem seansu w kinie. Bo wszędzie mają blisko. Samochodem wyjeżdżają tylko poza miasto albo do leżących na obrzeżach i słabiej skomunikowanych dzielnic.

– Uwielbiamy tempo i atmosferę życia w mieście, zakupy, kulturę i rozrywkę na wyciągnięcie ręki, uliczki schowane pomiędzy wielkimi kamienicami, dudnienie nadjeżdżającego tramwaju, a także – otoczenie ludzi, licznych sąsiadów, którym można zostawić kwiaty do podlania – wymienia Karolina Małecka. – Zależy nam też, żeby w przyszłości nasze dzieci nie stały się ofiarami „kultury samochodu”. Chcemy zapewnić im dostęp do najlepszej edukacji, infrastruktury sportowo-rozrywkowej, zajęć dodatkowych bez ciągłego dowożenia ich wszędzie.

Małecka przyznaje, że lubi też wypoczywać na łonie natury. Dlatego ceni sobie bliskość parku Jana Pawła II na Wildzie, a także Lasku Dębińskiego, do którego dojeżdża rowerem w 10 minut. A gdy chce całkowicie odciąć się od miasta... wyjeżdża do powiatu. Chociażby do rodzinnego Puszczykowa.

Te pozytywne opinie o mieście potwierdza „Diagnoza Społeczna 2015”, opracowana przez zespół pod kierunkiem prof. Janusza Czapińskiego. Wynika z niej, że w Poznaniu żyje się najlepiej. – Ostatnia diagnoza była robiona w 2011 r. Od tego czasu kapitał społeczny wzrósł w Poznaniu kilkakrotnie – podkreśla Iwona Matuszczak-Szulc, dyrektor Wydziału Rozwoju Miasta. – Na tym trzeba budować przyszłość. Zrobiliśmy to, biorąc się za aktualizację strategii rozwoju Poznania, bo wyszliśmy do mieszkańców. Przy jej tworzeniu zauważyliśmy, że ludzie chcą rzeczywiście coś zrobić i wziąć za to odpowiedzialność.
Zatrzymać Kaczmarka w mieście
Jedni sobie miasto chwalą, inni z niego uciekają. To prawda, że niedaleko, bo do ościennych gmin. – To nie oznacza, że zrywają więzy z miastem. Tak się nie dzieje – zaznacza prof. Rafał Drozdowski. – Większość tych ludzi pracuje w Poznaniu. Spora część wozi swoje dzieci do poznańskich szkół, leczy się w poznańskich szpitalach itd. Wokół takiego stylu życia pojawiają się mieszane uczucia. Stąd wzięło się określenie, które brzmi inwektywnie, „pezety”. To kierowcy, mający rejestrację PZ czyli powiatu poznańskiego, którzy powoli traktowani są jak intruzi, jakby nie mieli prawa korzystać z miejskiej przestrzeni. Oczywiście, nie jest to prawdą, ale odzwierciedla pewien stan nastrojów społecznych.

Dość przypomnieć, że jednym z pierwszych pomysłów Jacka Jaśkowiaka, prezydenta Poznania było zwężenie dróg dojazdowych do miasta. W ten sposób chciał zmusić mieszkańców gmin do korzystania z transportu publicznego.
Na szczęście poznańskie władze zamiast obrażać się niczym porzucona żona, zarzuciły utrudnianie życia „dezerterom”, a skupiły się na działaniach, które mogą zatrzymać statystycznego Kaczmarka w Poznaniu. Jednym z takich przykładów jest dotowanie miejsc w prywatnych żłobkach, bo w miejskich placówkach jest ich za mało. W tym roku przeznaczono 14,8 mln zł na dofinansowanie 1712 miejsc (miesięcznie 700 zł do miejsca). Kto może liczyć na wsparcie?

– Liczy się nie tylko zamieszkanie w Poznaniu, ale także tutaj trzeba płacić podatki – wyjaśnia Magdalena Pietrusik-Adamska, dyrektor Wydziału Zdrowia i Spraw Społecznych.

Kolejnym sposobem na zatrzymanie exodusu mieszkańców jest nowa polityka mieszkaniowa. PTBS, który pozyskał prawie 150 mln zł kredytu z EBI, planuje budowę 1,2 tys. lokali na Strzeszynie. Będą to mieszkania na wynajem z dojściem do własności. Program miejskiej spółki ZKZL przewiduje budowę ok. 800 lokali i to bez wsparcia z budżetu miasta. Tomasz Lewandowski, nowy zastępca prezydenta chce m.in. utworzyć Społeczną Agencję Najmu, która ma na rynku poszukiwać mieszkań na wynajem. Zakłada się, że docelowo przyniesie to kilkaset dodatkowych mieszkań, w których lokatorzy będą płacić czynsz komunalny.

– Po upływie niemal połowy kadencji prezydenta Jacka Jaśkowiaka nie widać realizacji jego obietnicy budowy 4 tys. nowych mieszkań. Widać za to zmianę strategii i hasła na „odzyskać mieszkania”, czyli rewitalizację starych kamienic – mówi dr Jacek Pokładecki, politolog z UAM. – Wystarczy spojrzeć na Jeżyce, Wildę czy Łazarz, by zobaczyć jak ten proces szybko postępuje, kolejne budynki pięknieją.

Budowa przedszkola na Strzeszynie, zespołu szkolno-przedszkolnego na Umultowie, trasy tramwajowej na Naramowice czy rewitalizacja zaniedbanych dzielnic (z których najwięcej ludzi się wyprowadza) – to tylko niektóre z przedsięwzięć, pokazujących, że miasto dba o mieszkańców, że tutaj dobrze się żyje i nie warto myśleć o przeprowadzce na wieś. Prezydent Jaśkowiak twierdzi, że wcześniej nie podejmowano żadnych działań, które przeciwdziałałyby wyprowadzaniu się poznaniaków do podmiejskich gmin.
– Od grudnia 2014 roku staramy się wdrażać w Poznaniu te rozwiązania, które powstrzymały proces wyludniania się w Kopenhadze czy Dreźnie, gdzie od kilku lat rośnie liczba mieszkańców. Pracujemy przede wszystkim nad poprawą komfortu życia poznaniaków – twierdzi Jacek Jaśkowiak. I wskazuje na poprawę transportu publicznego, budowę ścieżek rowerowych, remonty chodników. – Nie spektakularne inwestycje za ogromne pieniądze, ale właśnie sporo tych mniejszych autentycznie poprawia jakość codziennego życia.

Czy to zatrzyma statystycznego Kaczmarka w mieście? A może ten, który je opuścił wróci niczym syn marnotrawny?
Janusz Kucharczyk wyprowadził się z Poznania ponad 20 lat temu. Mieszka w Koziegłowach. – Życie w mieście z reguły wiąże się z szybszym tempem, hałasem, nie widać w nim pór roku – mówi. – Gdybym miał wrócić do Poznania, to na jego obrzeża, by mieszkać na uboczu, a z drugiej strony, aby było blisko do centrum.

J. Kucharczyk przypomina, że Koziegłowy to wieś, mająca miejską zabudowę. Jest tu niezbędna infrastruktura. I dodaje: – Nie ma jedynie filharmonii, teatru, kina. Do centrum Poznania mam bliżej niż wtedy, gdy mieszkałem na os. Sobieskiego.

Natomiast jego syn Bartosz, student UAM, chciałby mieszkać w Poznaniu. Dlaczego? Jak twierdzi, powód jest oczywisty, bo wszędzie jest bliżej. – Ale pod warunkiem, że mieszkałbym w centrum lub np. na Polance, która jest dobrze skomunikowana, a nie na Dębcu – mówi Bartosz.

– Z doświadczenia i rozmów z młodymi wiem, że wśród rodzin, które 10-15 lat temu wyprowadziły się z małymi dzieci pod Poznań temat powrotu do miasta wraca – potwierdza I. Matuszczak-Szulc. – Starsze dzieci domagają się bycia w centrum, życia w mieście. Większe możliwości mają też tutaj osoby starsze. Mogą korzystać z bogatej oferty kulturalnej, rekreacyjnej, medycznej. W mieście trudniej „brzydko” się zestarzeć i łatwiej zachować zdrowie.

J. Jaśkowiak zwraca uwagę, że wiele osób, decydując się na przeprowadzkę do podpoznańskich gmin, kierowało się niższymi cenami mieszkań czy domów, a dopiero później zdało sobie sprawę z kosztów związanych z dojazdami do pracy, dowożeniem dzieci do szkół i na zajęcia.
– Kierunek, w którym obecnie idzie Poznań jest bardziej przyjazny dla ludzi. Chcemy zrobić wszystko, by żyło im się lepiej niezależnie od wieku – zapewnia dyrektor I. Matuszczak-Szulc.

Prof. R. Drozdowski nie wyklucza, że i u nas może powtórzyć się scenariusz, który 20-30 lat temu przerabiały kraje zachodnie.

– I nastąpi powrót do miasta – mówi prof. R. Drozdowski. – Miasto będzie coraz bardziej cenione. Nawet nie jako przestrzeń, ale zbiór wartości społecznych typu: wolność, tolerancja, fakt, że dużo się w nim dzieje. Gęste sieci społeczne są dla ludzi coraz ważniejsze. Oni będą wracać. Wiele zależy też od tego, jak miasta będą się zmieniać. Muszą pomóc ludziom w tych decyzjach, stając się bardziej atrakcyjne. Jakkolwiek sądzę, że powoli ci, którzy opuścili miasto i mieszkają na wsi, zaczynają tęsknić do wielkomiejskiego stylu życia – dodaje socjolog.

Rywalizacja między Poznaniem a powiatem prowadzi donikąd. Sukces może przynieść jedynie współpraca. O budowie aglomeracji poznańskiej w sobotnim wydaniu „Głosu”.

Wideo

Komentarze 27

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

O
Odo
W badaniach udowadniają sami sobie, że Poznań jest taki świetny do mieszkania, wynika z tego, że ci co się wyprowadzają sami sobie robią na złość! Nie dociera do nich, że ludzie głosują nogami, jak wyjeżdżają to znaczy, że podmiejskie gminy były w stanie zaoferować im coś czego Poznań nie ma. Lub Poznań nie jest o tyle tańszy o ile byłby atrakcyjniejszy.

Ten trend zresztą będzie się nasilał. Zwężą jeszcze kilka ulic, utrudnią życie komunikującym się samochodem i w centrum zostaną sami emeryci, studenci i squotersi. Robienie na złość okolicznym gminom także niczego nie przyniesie. Jeśli ktoś wybudował dom za kilkaset tysięcy zł to nie zostawi go tylko dlatego, że Jaśkowiak zwęzi drogę. Prędzej poszuka sobie pracy poza Poznaniem i za kilka lat centrum poznania to będzie muzeum dla turystów.
p
paramido
mieszkańcy Poznania płacący tutaj podatki powinni mieć priorytet w dostępie do instytucji publicznych.
oczywiście mieszkańcy powiatu powinni mieć analogiczne uprawnienia w swoich gminach.
o
ooo
Książkowe definicje nie pozwolą Ci zabłysnąć, nikt poza młodymi nie chce mieszkać w mieście, młodzi z wiekiem też opuszczą ten kurwidołek a definicje zrób sobie na obiad...
t
teyurtyuyiukyujyrt
Sąsiednie gminy nie rozumieją, że jeśli Poznań zbiednieje i przestanie się rozwijać, to one same niedługo potem kiepsko skończą...
y
yrutouiiopo
Pracujesz w Poznaniu, a nie w której z podpoznańskich gmin? A poza tym, co to ma wspólnego z wpisem, pod którym to napisałeś?
S
Swiadomy
Widocznie prawdziwych poznaniakow juz nie ma.
Q
Qwinto
stawia na galerie handlowe, które przyciągają przyjezdnych co obciąża niedomagającą infrastrukturę, co dalej zniechęca mieszkańców do życia w tym mieście.
s
sp.poz
"Wymienić można np. wzrost zamożności społeczeństwa, dla którego mieszkanie w bloku przestało już być luksusem" Ludzie wyprowadzają się z miasta, bo mieszkanie bloku -starym czy nowym- JEST LUKSUSEM!!!!!! Ludzie uciekają z miasta bo w powiecie jest zwyczajnie taniej. Za cenę małej klitki w mieście, w super lokalizacji (sic! nie ma takiej w tym mieście) trzeba zapłacić tyle co za szeregowiec pod Poznaniem. To żadne bogacenie ludzi tylko zwykła zdrowa kalkulacja pozwalająca na niepopadanie w wielkie zadłużenie za klitkę w tym wspaniałym mieście.
P
Pracuję od 10 lat
w Poznaniu, będąc zameldowany na stałe zupełnie gdzie indziej! Takich jak ja u mnie w pracy jest sporo osób! A mieszkania wynajmujemy.
Dodając studentów mogę założyć, że w rzeczywistości jest nas co najmniej 100 tys!
N
Niezameldowani
mieszkańcy zajmują sporo wynajętych mieszkań. Niestety, ale nasze prawo nie pozwala na zameldowanie się, gdy nie masz własnego mieszkania! Co najwyżej można tymczasowo tyle, że komu by się chciało meldować! Chyba, że w płatnej strefie parkowania, gdyż wtedy są zniżki.
q
q34u65i7687oi
Trzeba mieć klapki na oczach, żeby nie widzieć, że znacznie więcej miejsc pracy jest... poza Poznaniem niż w Poznaniu! Cały ten (powyższy) tekst jest bez sensu, bo opiera się na fałszywych założeniach!
W
Włodzimierz Nowak
Proces już się zaczął. Oczywiście jest mniej liczny niż przeciwny, ale ludzie zawodowo związani z miastem, którzy wyprowadzili się pod miasto są już sfrustrowani korkami i to także tymi w PZ, które sami tworzą swoimi samochodami. Modernistyczna iluzja, że da się miasto zdekoncentrować i że zostanie miastem została odrzucona w latach 70, w latach 90 zaczęto kodyfikować wizję miasta nowoczesnego, zwartego, ostatecznie określoną w unijnej Karcie Lipskiej.

Niestety Poznań miał swoją szansę i pogrzebał ją swymi elitami, które wybiera od lat. Tymi partyjnymi, z prezydentem niby bezpartyjnym Grobelnym na czele. Jeszcze w 1998 roku deklarował, że walka ze suburbanizacją jest jego nadrzędnym celem. A potem w ciągu swych rządów bardzo silnie błędnymi inwestycjami przyczynił się do nasilenia procesu wyludniania się Poznania.
Obejmując urząd musiał tak mówić, był kandydatem radnych, a lata 90 to gruntowna modernizacja miasta od fundamentów, duże nadzieje z niedopuszczeniem do masowej motoryzacji, suburbanizacją i rozwojem rewitalizacji (pierwsze dwa wykluczają się z trzecim). Co się stało potem? Możemy się tylko domyślać. Zarówno on, jak i wielu, wielu wysokich i średnich urzędników w początku XXI pobudowało się w sferze podmiejskiej jak Morasko, Suchy Las, gminy Czerwonak, Swarzędz, Antoninek, Szczepankowo, gminy Kórnik, Komorniki, Dopiewo, Ławica, gmina Tarnowo Podgórne.

Proces na pewno odwrócą dzieci tych ludzi, wychowane w korkach na kanapach samochodów. Proces zatkania się miasta spowodowany suburbanizacją (1 na 2 kilometry pokonywane po poznańskich ulicach to samochód mieszkańca PZ, gdyż jest ich mniej, ale mają znacznie dłuższe podróże) niesie już bardzo wysokie koszty społeczne, a one się będą nasilały nawet w 10 lat po podjęciu działań ochronnych miasta, których jeszcze nie podjęliśmy. Ucierpią firmy, które liczą, że będą w stanie do miejsc pracy w PZ przyciągnąć pracowników z Poznania. Jeśli Amazon bazuje na mieszkańcach województwa, to jego miejsce jest w PZ. Ale INEA bazująca na pracownikach wykwalifikowanych w ciągu paru, parunastu lat ucierpi z powodu wyprowadzenia kilkuset wykwalifikowanych miejsc pracy do PZ. Po prostu pracodawcy płacący więcej za biura, ale położeni przy liniach tramwajowych będą skuteczniej przyciągali pracowników, niż ci, do których trzeba dojechać samochodem do PZ w nieuchronnych korkach.

Niestety tego już dzisiaj nie unikniemy, więc jedyną metodą jest popularyzacja stwierdzenia, że jeśli jesteś zawodowo związana/-y z Poznaniem, to mieszkaj w Poznaniu, by mieszkańcy i pracodawcy się 7 razy zastanowili zanim przeniosą się do miejsc, do których można dotrzeć wyłącznie samochodem.
T
Taka prawda
Młode Polki nie mają ochoty rodzić dzieci bo są zajęte walką o prawo do aborcji i manifestacjami przeciw "kulturze gwałtu".
M
Marych
Trend mieszkania na wsi odwróci się za około 20 lat jak dzieci podrosną i się wyprowadza do "miasta", a starzy zostaną sami z wielką chatą którą trzeba doglądać i remontować, a w kolanach strzyka i na drabinę ciężko wejść. Na dodatek do lekarza specjalisty będzie daleko, a utrzymanie prawa jazdy w wieku 80+ będzie prawdziwym wyzwaniem.
f
ferdkiepski
Dopóki Ojciec Polak dzieci płodził, a Matka Polka je rodziła, to ani zaborcy, ani Hitler, ani Stalin nie byli w stanie pokonać narodu.
Kiedy jednak obecnie Matka Polka może się "poszczycić" współczynnikiem dzietności na poziomie 1,1-1,32 (jedno z ostatnich miejsc na ponad 200 państwa świata !) to NIC NIE POMOŻE ! To jest już stan KATASTROFY demograficznej i FAKTYCZNEJ SAMOLIKWIDACJI Narodu Polskiego.
I żadne Jaśkowiaki, Dudy, POkemony czy 500+ NIC ABSOLUTNIE NIE DA !
Dla uzmysłowienia wszystkim: współczynnik dzietności 1,2 oznacza, że za 75 lat pozostanie mnij niż połowa Polaków. Żadne wojny w 1000-letniej historii nie spowodowały takiej katastrofy populacyjnej jak ostatnie 25 lat "wolnej Polski".
Dodaj ogłoszenie