Wojciech Hoffmann: Melodia w metalowym hałasie

Marek Zaradniak
Wojciech Hoffmann
Wojciech Hoffmann
Wojciech Hoffmann, gitarzysta i kompozytor, lider grupy Turbo opowiada, jak powstał największy przebój zespołu, czym dla niego była gra z "Czerwonymi Gitarami" i dlaczego nie jest tylko zwyczajnym szarpidrutem. Wojciech Hoffmann: Melodia w metalowym hałasie.

Co dla Pana oznacza być rockmanem?
Wojciech Hoffmann: Myślę, że to oznacza - być wolnym. Być wolnym człowiekiem.

Czy po 35 latach uprawiania tego zawodu jest Pan wolnym człowiekiem?
Wojciech Hoffmann: Tak. Właściwie czuję się wolny od urodzenia. Na szczęście nikt nigdy nie mógł mnie zniewolić. Ani poprzedni ustrój, ani ten. Nikt i nic. Czuję się bardzo dobrze w tej skórze. Właśnie jako wolny człowiek.

Dlaczego bliższe są Panu cięższe gatunki rocka?
Wojciech Hoffmann: To bardzo proste. Jestem pokoleniem Czerwonych Gitar i Rolling Stonesów, czyli rock and rolla z lat 60., potem 70. Gdy usłyszałem Beatlesów i Czerwone Gitary, miałem 10 lat. Kochałem tę muzykę. Docierała ona do mnie także poprzez teksty. Myślę, że już wtedy płynęła we mnie krew przyprawiona muzyką. Sam rock, ten cięższy, przyszedł pod koniec lat 60. Miałem wtedy 15 lat. I akurat wtedy doszła do łask cięższa muzyka hard rockowa. A wiadomo, że wiek 15 lat to czas buntu. Nie pamiętam, czy się buntowałem konkretnie przeciwko czemukolwiek, ale myślę, że jakieś pierwiastki buntu we mnie były, bo przecież rock był muzyką buntu i to on zasiał we mnie to ostre, mocne, żywiołowe granie. Zresztą przez lata czułem rozdarcie między miłym melodyjnym popem a cięższym hardrockowym brzmieniem. Na szczęście do swego mocnego grania zawsze staram się włożyć możliwie dużo melodii. Sądzę, że widać, jak żenię te biegunowo przeciwne nurty w ostrych piosenkach wykonywanych przez Turbo..

Ma Pan jakichś rockowych idoli?
Wojciech Hoffmann: Oczywiście - najpierw uwiódł mnie zespół Deep Purple i Ritchie Blackmore jako gitarzysta, a potem Led Zeppelin i Pink Floyd. A z dzisiejszych czasów, gdy za chwilę stuknie mi 60. - to Steven Wilson, Joe Satriani i wiele innych wykonawców.

[b]Kojarzy się Pan przede wszystkim z grupą Turbo. Zespół ten istnieje od ponad 30 lat, ale miał on przerwy w działalności. Z Wojciech Hoffmann: czego one wynikały? Przecież byliście sławni, popularni.[/b]
To wynikało z nieporozumień między firmą Metalmind a Turbo. W pewnym momencie po prostu powiedziałem dość. Zawiesiliśmy działalność i nastąpiła przerwa.

Wizytówką zespołu są Pana "Dorosłe dzieci". Jak powstawał ten przebój z piękną muzyką do pięknego, poetyckiego tekstu Andrzeja Sobczaka?
Wojciech Hoffmann: Pamiętam doskonale ten moment. "Dorosłe dzieci" powstały w roku 1980. Na samym początku Turbo. Pamiętam, że siedziałem w kinie "Kosmos" za ekranem, ćwiczyłem na gitarze i ten riff wpadł mi do głowy. I tyle. Przez dwa lata właściwie była tylko na taśmie. Po stanie wojennym, gdy zaczęliśmy próby w nowym składzie, pomyślałem, że gdy przyszedł Andrzej Łysów, uda się tę piosenkę ładnie zaaranżować na gitarę. Zawiozłem Andrzejowi Sobczakowi, gdy jeszcze mieszkał na Ratajach [dzielnica Poznania - red.] kasetę z nagraniem i on napisał ten tekst. Od razu czuliśmy, iż będzie to wielki przebój. No cóż, sprawdziło się.

Od czasu do czasu grał Pan także w zespole Non Iron.
Wojciech Hoffmann: W Non Iron grałem w sumie 5 lat. Było bardzo sympatycznie. Nagraliśmy fajne płyty. I to wszystko.

Ale w pewnym momencie stał się Pan członkiem słynnego zespołu, na którym Pan się wychował, czyli Czerwonych Gitar.
Wojciech Hoffmann: Gdy Czerwone Gitary rozstały się z Sewerynem Krajewskim w 1997 roku, akurat w studio Andrzeja Mikołajczaka w Poznaniu zajmowałem się produkcją muzyczną spotów reklamowych. To on rzucił wtedy żartobliwie: "Zgłosiły się do mnie "Czerwone Fujary". To i ja zażartowałem, że chętnie zostanę u nich gitarzystą… Żartobliwa propozycja wkrótce okazała się współpracą na serio. Nagrałem z nimi dwie piosenki: "Za nim powiesz do widzenia" i "Epitafium dla Krzyśka". Bardzo im się to spodobało. Za jakiś czas zaproponowali mi stała współpracę. To było moje marzenie życia. No i tak szczęśliwie się złożyło, że wtedy akurat Turbo nie działało. A więc potrzebowałem też pieniędzy. Jednak ten czynnik emocjonalno-historyczny w podjęciu decyzji był niezwykle ważny. Współpraca z Czerwonymi Gitarami okazała się jak dotąd największą przygodą muzyczną w moim życiu. Naprawdę cudownie się z nimi grało…

Od czasu do czasu występuje Pan też w duecie z gitarzystą Witoldem Łukaszewskim. Skąd ten pomysł?
Wojciech Hoffmann: To była propozycja Witka. Myślę, że bardzo sympatyczna, bo gramy sobie zupełnie inne rzeczy. Gram z nim flamenco, gram covery. Bardzo często gramy koncerty, przed którymi nie mamy pojęcia, co się wydarzy, bo wcześniej nie robimy prób. Spotykamy się tylko podczas koncertu, ale dzięki temu w tych występach jest ogromna magia i dlatego je tak lubię.

Zdarzyło się Panu nawet być producentem płyt hiphopowego zespołu "Nagły atak spawacza". Lubi Pan hip-hop?
Wojciech Hoffmann: Nie przepadam, ale mi nie przeszkadza. To jednak nie moja stylistyka.

Jakie znaczenie miało dla Pana nagranie solowej płyty "Drzewa"?
Wojciech Hoffmann: To najważniejsza płyta w mojej karierze, bo płyty z "Turbo" są oczywiście też bardzo ważne, a jedną z najważniejszych jest zawsze ta pierwsza płyta. Natomiast na krążku "Drzewa" wszystko od pierwszego do ostatniego taktu jest moje. "Drzewa" są bardzo ważne także dlatego, że ukazują mnie nie tylko jako totalnego szarpidruta metalowego Turbo, ale także jako tego, który napisał piękne piosenki i ładnie je zaaranżował. Powiem nieskromnie, że nie tylko moim zdaniem są to naprawdę piękne utwory. Pokazałem, że oprócz mielenia na gryfie potrafię jeszcze komponować i ładnie aranżować piosenki.

"Drzewa" to słowo symboliczne. Powinnością mężczyzny jest spłodzić syna, zbudować dom i zasadzić drzewo. Udało się Panu to wszystko?
Wojciech Hoffmann: Cha, cha, cha - wszystko to zrobiłem. Drzewo gdzieś tam zasadziłem. Dom zbudowałem, chociaż nie mam już tego domu. Mam syna i córkę.

Wiele się ostatnio mówi o Pana dzieciach i zespole Deleted oraz o ich debiutanckiej płycie. Jak Pan ocenia muzykę Deleted?
Wojciech Hoffmann: Zrobili kawał dobrej roboty i cały czas im mówię, że powinni się spakować i wyjeżdżać z tego kraju, bo nie jest to czas i miejsce dla takiej muzyki. Są ambitni, a tu nie ma miejsca dla takich. Wiadomo, że człowiek musi zarabiać. Wybrali sobie muzykę, więc na niej powinni zarabiać. Bartek ma mojego Gibsona, którego dałem mu na osiemnastkę i robi praktycznie wszystko w Deleted. Maciej pisze teksty, a Bartek robi muzykę i aranżacje. To naprawdę zdolny facet.

Mówimy o płycie Pana dzieci, ale przecież sam aktualnie siedzi Pan w studio nad nową płytą Turbo, która ma się ukazać w październiku. Jaka ona będzie?
Wojciech Hoffmann: Siedzę aktualnie nawet nad dwiema płytami, bo od roku pracuję nad swym kolejnym, solowym albumem "Okna". Niestety, wszystko się przedłużyło. Najprawdopodobniej, kiedy we wrześniu będę nagrywał nową płytę Turbo, jednocześnie będę zgrywał swoją płytę solową, więc będę od rana do wieczora poza domem. Myślę, że nowy nasz krążek pobije "Kawalerię szatana" i "Strażnika światła". Już to czujemy - to będzie bardzo tradycyjnie metalowo-hardrockowa płyta, ale w jej utworach będzie dużo melodii.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie