"Czterdzieści" Polskiego Teatru Tańca - mądra i śmieszna...

    "Czterdzieści" Polskiego Teatru Tańca - mądra i śmieszna opowieść zamiast laurki [RECENZJA]

    Stefan Drajewski

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Scena ze spektaklu "Czterdzieści" Polskiego Teatru Tańca
    1/4
    przejdź do galerii

    Scena ze spektaklu "Czterdzieści" Polskiego Teatru Tańca ©Fot. Maciej Zakrzewski

    Zdanie Jo Stormgrena: "życie jest zapisane na tysiącach luźnych kartek", brzmi prawdziwie a zarazem kokieteryjnie. W jego spektaklu "Czterdzieści" te kartki tworzą spójną narrację o losie kobiety z kraju leżącego w Europie targanej na przestrzeni ostatnich 40 lat mniej lub bardziej rewolucyjnymi zmianami. Kobieta jest Polką, mieszka na wsi, ale można sobie wyobrazić, że mogłaby być na przykład Czeszką albo…
    Historia Urszuli (fantastyczna Urszula Bernat-Jałocha) zaczyna się w 1973 roku i kończy 40 lat później. Jest postrzępiona, pełna luk, zwyczajna, jak zwyczajne jest życie dziewczynki, która wyobraża sobie życie inne niż to, które wiedzie. Życie Urszuli jest pełne niedomówień, skrywanych historii rodzinnych. Wyobrażenia o innym, lepszym, świecie, chęć rozwikłania domowych zagadek, popychają młodą dziewczynę do wyjazdu z kraju, wyjazdu do mitycznej Francji, mekki polskich romantyków (urocza scena romantycznego poety-kochanka). Mity dziewiętnastowieczne mieszają się z dwudziestowiecznymi. Urszula poznaje smak życia na emigracji, która wcale nie jest tak urocza, kolorowa…

    Codzienność potrafi być brutalna. Jest obca. W swojej wsi była trochę inna, bo miała kruczoczarne włosy i karnację nieco ciemniejszą niż słowiańska biel. Wśród obcych jest inna, bo mówi z akcentem, bo nie jest tak otwarta. Spotyka chłopaka, który jest podobny do niej… Szybko okazuje się, że on mówi po polsku. Też jest obcy. Wracają do wsi Urszuli. Ale wieś jest już zupełnie inna…, chociaż duchy przeszłości odzywają się. Rodzi się im córka, która - podobnie jak matka - jest inna. Historia lubi się powtarzać. Cały czas tańczy, ale jest to zupełnie nowy taniec. Otoczenie go nie rozumie. Po latach zrozumie go grupa lesbijek grająca na barokowych instrumentach, z którą dziewczyna zniknie… A Urszula? Żyje dalej… Ma dopiero 40 lat.

    Z tą przejmującą opowieścią wielu Polaków może się utożsamić, może odnaleźć w niej odpryski własnego życia… Jo Stromgren przywołuje konkretne daty, które nie należą jednak do wielkiej historii, tylko tej domowej jego bohaterki. Opowiada o codziennym życiu, w które wplatają się narodowe mity i stereotypy, powaga miesza się ze śmiechem, sprawy serio czasami wyglądają groteskowo. Choreograf i dramaturg zarazem ma dystans do tej historii, patrzy na bohaterów z zewnątrz. Łączy luźne kartki historii w spójną całość, próbuje też znaleźć miejsca wspólne między losem jednostki a historią zbiorowości, jaką jest historia Polskiego Teatru Tańca, zespołu wędrownego, innego od rzeczywistości, w której przez lata funkcjonował…

    Stromgren tworzy teatr nie tylko z kartek historii: tworzy go, łącząc różne gatunki i konwencje teatralne, odmienne techniki tańca i style muzyczne. Każdy rekwizyt, każdy motyw dźwiękowy ma swój sens: krzyk ptaka towarzyszyć będzie w przełomowych momentach życia Urszuli do końca spektaklu, biała laska niewidomej kobiety może być flagą, ale może zastąpić karabin i na odwrót - karabin może stać się jej laską. W tym bardzo gęstym od znaczeń spektaklu nic nie jest przypadkowe. Rządzi nim żelazna logika. Trudno go odczytać za pierwszym razem, bo jest jak "księga życia" (fantastyczna scena, kiedy Urszula wkleja karki podawane przez męża). Ci, którzy znają wszystkie spektakle Polskiego Teatru Tańca dostrzegą w nim również echa niektórych z nich, np.: "Epitafium dla Don Juana" (walizki, wędrówka), "Odwiecznych pieśni" (duet Adama i Ewy), "Tanga z Lady M." (fantastyczna scena tanga w wykonaniu Agnieszki Fertały i Andrzeja Adamczaka)... Jo Stromgren świetnie obsadził tancerzy Polskiego Teatru Tańca, którzy muszą być aktorami. Bo w jego spektaklu wszelkie podziały znikają.

    Zamiast pompatycznej laurki na swój jubileusz Polski Teatr Tańca dał publiczności mądrą opowieść o życiu, która raz jest przerażająca i ponura, innym razem wesoła i dowcipna. Wielopiętrowa.

    Polski Teatr Tańca, "Czterdzieści", choreografia, scenografia Jo Stromgren, reżyseria światła Hans J. Skogen, kostiumy Breje van Balen, premiera 15 czerwca 2013

    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (2)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    :)

    A :) (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 14 / 15

    Gdyby tancerze byli aktorami to fajna rzecz. Zbyt mało doświadczeni ludzie aby grać, tańczą ok. Konstrukcja spektaklu ciekawa lecz artyści muszą jeszcze beczkę soli zjeść :)

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    burleska

    Marcin (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 17 / 19

    Myślenie o tym spektaklu i przedstawionej historii w skali 1:1 to spore ryzyko... Wg mnie wszystko było ucieczką w gruby żart z pewną niekonsekwencją w postaci pseudofilozoficznego przesłania na...rozwiń całość

    Myślenie o tym spektaklu i przedstawionej historii w skali 1:1 to spore ryzyko... Wg mnie wszystko było ucieczką w gruby żart z pewną niekonsekwencją w postaci pseudofilozoficznego przesłania na końcu.zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo