Poligrodzianie w Nowej Zelandii, czyli polskie drogi na końcu świata

Kamilla Placko-Wozińska
Kamilla Placko-Wozińska
Był i czas na zwiedzanie – punkt widokowy nad Wellington
Był i czas na zwiedzanie – punkt widokowy nad Wellington Kamilla Placko-Wozińska
Udostępnij:
Łzy wzruszenia w Auckland, Wellington i Christchurch. Ale i radości, że Zespół Tańca Ludowego Politechniki Poznańskiej Poligrodzianie przywiózł Polonii w Nowej Zelandii kawałek ojczyzny.

Maria, gdy wyjechała z Polski miała 16 miesięcy. Do Nowej Zelandii przypłynęła w 1944 roku z grupą sierot z Syberii. Halina przyjechała tu zająć się chorym wujkiem i poznała przyszłego męża, Irlandczyka. Hanna zamieniła emigrację w Anglii na Auckland, a Grażyna i Darek po trzech latach życia w Izraelu osiedli w Christchurch. Różne drogi przywiodły tu Polaków.

ZOBACZ TEŻ: Hobbiton - zobacz jak żyją mieszkańcy wioski hobbitów [ZDJĘCIA]

Polonia w Nowej Zelandii to ok. 2,5 tys. osób. Prawdopodobnie drugie tyle ma polskie korzenie, ale nie zna już języka i czuje się Nowozelandczykami. Poligrodzianie na ten koniec świata (z Poznania do Christchurch jest prawie 18 tys. km) dotarli dzięki grantowi Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które wysoko oceniło projekt zespołu zgłoszony do konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2014”.

– W ubiegłym roku obchodziliśmy 40. rocznicę nawiązania dyplomatycznych stosunków między Polską i Nową Zelandią, w tym roku minie 70 lat od przypłynięcia do Wellington „dzieci z Pahiatua”, jubileusze wydały nam się dobrą okazją do pokazania naszego folkloru Polonii – mówi Michał Howorski, koordynator projektu. – Ważne było też to, że żyjący w różnych stronach świata Polacy, na pytania o ich najważniejsze życzenia z kraju, zaraz za edukacją wymieniają kulturę.

Sprawdź: Poligrodzianie w Malezji: Dwie nagrody na festiwalu! [ZDJĘCIA]

Pierwsze do współpracy zgłosiły się polskie stowarzyszenia z Auckland i Christchurch, już w trakcie przygotowań zespół zaprosili także rodacy z Wellington. I wszyscy czekali niecierpliwie nie tylko na koncerty, ale i warsztaty, w trakcie których Poligrodzianie uczyli tańców ludowych i pieśni.

Auckland – pierwsze łzy
– Marysia jestem – wita zespół wzruszona starsza pani, przygotowująca do występów salę w Domu Polskim w Auckland.

Zobacz również: Poligrodzianie w Peru: Poznaniak Michał Howorski królem festiwalu [ZDJĘCIA]

Maria Jaśkiewicz opuściła rodzinny Przemyśl jako szesnastomiesięczne dziecko, gdy jej rodzinę w 1940 roku deportowano do ZSRR. Tatę rozstrzelano gdzieś w lesie.

– Trafiliśmy do Kazachstanu, miałam dwa i pół roku, gdy zachorowała mamusia – opowiada ze łzami w oczach. – Powiedziała, że wyzdrowieje, że ugotuje nam obiad. Poprosiła, żebyśmy z bratem pomogli jej wstać. Podłożyliśmy jej ręce pod plecy i wtedy umarła. Na tych naszych rękach…

Marysia znalazła się w grupie 733 polskich sierot, które razem ze 105 opiekunami z Armią Andersa opuściły ZSRR i dotarły do Iranu. Tam dostały zaproszenie premiera Nowej Zelandii, aby w jego kraju poczekały do końca wojny. Dopłynęli do Wellington 31 października 1944, dzień później znaleźli się w kampusie w pobliskim Pahiatua. Informuje o tym tablica-podziękowanie w porcie w Wellington z polskim „Bóg zapłać”.

– Miałam wtedy sześć lat – wspomina Maria Jaśkiewicz. – Starsze dzieci wcześniej opuszczały obóz, jechały do szkół. Przez pierwsze lata nie uczono nas nawet angielskiego, bo przecież mieliśmy wracać do Polski. W Pathiatua byłam do końca trwania obozu, do 1949.

Dzieci z Pahiatua i ich potomkowie to największa grupa Polonii w Nowej Zelandii. Spotkamy je we wszystkich miastach i choć często w ojczyźnie spędzili niewiele lat, pielęgnują wartości patriotyczne. „Bóg, Honor, Ojczyzna” – powtarzają, choć Nowa Zelandia ich wykształciła, dała drugi dom. I dodają: – Jeszcze Polska nie zginęła…

– Trzymamy się razem, jesteśmy jak rodzina – wyznaje Maria Jaśkiewicz. Dzieckiem z Pahiatua był też jej nieżyjący już mąż, Franciszek, który został inżynierem i z którym razem budowali Dom Polski w Auckland.

Wiele będzie jeszcze wzruszeń tego wieczoru. Na występy trzeba dostawiać krzesła, na sali młodzi i starzy, polski miesza się z angielskim. Mama małym dziewczynkom wyjaśnia, że polskie tancerki zawsze spinają włosy, a każdy region ma swoje stroje. Tata, Nowozelandczyk prosi o tłumaczenie i żywiołowo oklaskuje Poligrodzian.

Halina z Łodzi 26 lat temu przyleciała do Nowej Zelandii zaopiekować się chorym wujkiem. Tu poznała przyszłego męża Irlandczyka, no i zostali na wyspach. John nie tylko zachwycał się polskimi występami, chętnie też na warsztatach uczył się… kujawiaka i oberka.

Hanna Leigh, rodem z Ostrołęki przyjechała tu z Anglii. Jej syn Tomek, przyszłoroczny maturzysta, mówi, że woli życie w Europie, że w Nowej Zelandii jest… nudno. Mamę, nauczycielkę także rozpiera energia. I żeby zrównoważyć spokojne życie została właśnie prezeską polskiego stowarzyszenia. No i ma teraz na głowie utrzymanie polonijnego domu, ściąganie składek…

Sentyment do wszystkiego, co polskie jest tu duży, na tablicy ogłoszeń pobrać można formularze i zamówić wędliny: kaszankę – 19 dolarów za kilogram (nowozelandzki dolar to ok. 2,65 zł), parówki za 23 dol., krakowską za 36 czy myśliwską za 32... Wyrabia je polski rzeźnik w stolicy kraju Wellington.

Przybyli ułani na wiele głosów
Starszy pan w teatrze w Wellington donośnym głosem śpiewa podczas koncertu razem z zespołem. Zna wszystkie teksty. Co parę minut zdejmuje jednak okulary i wyciera oczy, podobnie jak siedząca w pobliżu grupa pań. Nostalgiczne westchnienia mieszają się z wybuchami śmiechu, gdy tancerze wygrażają sobie, „kłócąc” się na scenie, gdy w przerwie na zmianę kostiumów kapela ma głos, Marcin śpiewa, a skrzypaczka Martyna gubi okulary. Ich „szukanie” staje się owacyjnie nagradzaną scenką… A gdy przy zbójnickim tancerze bezbłędnie wykonują trudne skoki, brawa długo nie milkną. Podobnie jak i nie udaje się widzom powstrzymać łez, nawet gdy kończy się koncert, gdy przychodzą porozmawiać z Poligrodzianami.

– Chciałabym taki zespół gościć u siebie – mówi obecna na koncercie konsul Magdalena Ślubowska z australijskiej Canberry.

Wzruszenie udziela się i zespołowi. Tancerka Basia w garderobie z trudem powstrzymuje płacz: – Nie mogłabym żyć tak daleko od Polski…

Łzy w oczach ma nawet twarda na co dzień i krytyczna szefowa Zespołu Tańca Ludowego Politechniki Poznańskiej Poligrodzianie Marzenna Biegała-Howorska.

– Byłam z was dumna – podsumowuje krótko występ.

Warsztaty następnego dnia prowadzi po polsku i angielsku. Przyszło wiele młodych osób z tutejszego zespołu ludowego „Lublin”, niektóre między sobą rozmawiają w tym drugim języku. Chętnie uczą się tanecznych kroków w parach z poznaniakami. Jest też wiele śmiechu, szczególnie przy podnoszeniu partnerek. Nie wszystkie są tak lekkie, jak Poligrodzianki…

Polonez debiutuje z Poligrodzianami
Chrischruch na południowej wyspie to miasto po przejściach, które stały się też udziałem żyjących tu Polaków. W grudniu 2011 doszło tu do serii trzęsień ziemi. Zginęło ponad 200 osób, wielu straciło domy. Ślady tragedii widać do dziś, choćby zburzoną część katedry. – To wstrząs, który zostaje na całe życie – opowiada Piotr z Gdańska. – Gdy byłem w Trójmieście i usłyszałem w tunelu nadjeżdżającą kolejkę prawie wpadłem w panikę.

Piotr po trzech latach życia w Nowej Zelandii postanowił wrócić do Polski. Syn właśnie szedł do szkoły.

– Nie potrafiliśmy się odnaleźć w kraju, zmieniło się, wyścig szczurów rozpoczyna się chyba już w szkole – wspomina. – Syn wracał z lekcji i mówił, że koledzy z niego się śmieją, że przyjechał z Nowej Zelandii, a nie stać go nawet na markowe koszulki. Tu czegoś takiego nie ma.

Zdecydowali się więc na kolejny powrót, tym razem do Nowej Zelandii i są tu już kolejne osiem lat.

Christchurch ma szczęście do polskich działaczy. Szefowa stowarzyszenia Dorota Szymańska jest właśnie w kraju, w Senacie, gdzie stara się, aby i Polacy godnie uczcili rocznicę dzieci z Pahiatua. Na Poligrodzian bardzo czekała tu Grażyna Więcławska, która tuż przed ich przyjazdem, założyła… zespół ludowy Polonez, liczący już ponad trzydzieści osób.

– Sama tańczyłam w rodzinnym Wałbrzychu, ale to było 35 lat temu – wspomina. Polonez na koncercie Poligrodzian zatańczył… poloneza. A występ był szczególny, bo dedykowany dzieciom z Pahiatua. Znów więc były łzy wzruszenia, wspólne śpiewy, pamiątkowe zdjęcia. Gościem była konsul honorowa RP Winsom Dormer, właścicielka kilku przedsiębiorstw.

Grażyna i jej mąż Darek kraj opuścili 16 lat temu. Trzy lata mieszkali w Izraelu, gdzie pomogli parze Nowozelandczyków. Ci w rewanżu zaprosili ich do swojego kraju, w którym postanowili pozostać. Prowadzą tu firmę, a Darek jest też właścicielem drużyny piłkarskiej.

– Gramy w lidze etnicznej, jesteśmy mistrzami Nowej Zelandii! – mówi z dumą.

– Taka trochę ironia losu, bo wyjechaliśmy z Polski, aby dzieciom żyło się lepiej – kończy rodzinną historię Grażyna.

– Tymczasem obydwaj synowie po studiach wyjechali do Europy. Jeden pracuje w Grecji, drugi w Warszawie…

Warsztaty trwały w Christchurch ponad trzy godziny. Grażyna i jej ludzie chłonęli każdy krok. Poligrodzianie zostawili im też materiały instruktażowe w postaci m.in. filmów.

– Jak wy to wspaniale robicie! – zachwyca się Grażyna i planuje dalszą współpracę z Towarzystwem Poligrodzianie, bo chce mieć dla zespołu stroje, prawdziwe, a więc prosto z Polski.

Babcie a sprawa polska
Problemem Polonii w Nowej Zelandii jest odchodzenie młodszych pokoleń od korzeni, szczególnie w mieszanych małżeństwach. Wielu nastolatków nie zna nawet języka. Maria Jaśkiewicz to potwierdza, ale zaraz dodaje, że dzieci z Pahiatua bardzo dbają o polskość, bo przecież „Bóg, Honor, Ojczyzna”… I znowu ma łzy w oczach, gdy mówi:

– Wnuczka wróciła z kraju i powiedziała: – Babciu, pojedziemy do Polski, bo ja chcę tam studiować.

Do Nowej Zelandii zjeżdża też nowa całkiem grupa: babcie i czasami dziadkowie, których dzieci opuściły kraj w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Po przejściu na emeryturę decydują się albo na przeprowadzkę, albo przynajmniej na długą, dziewięciomiesięczną wizytę (na tyle uzyskać mogą wizy). To jakby gwarancja, że w ich rodzinach polskość przetrwa, a wnuki języka ojczystego nie zapomną.

Śpiew otwiera każde drzwi
Podróż do Nowej Zelandii była dla Poligrodzian także okazją do zwiedzenia kraju. Zachwycali się więc Hobbitonem, czyli dobrze znaną z filmów wioską Hobbitów, a także wioską Maorysów, rdzennych mieszkańców wysp. Tu, wśród gejzerów przyszło im spędzić noc, zjeść kolację gotowaną w gejzerach, obejrzeć miejscowy zespół. Gdy zaśpiewali w podziękowaniu za show, artyści zaniemówili, bo myśleli, że to „zwykli” turyści i potem, zamiast opowiadać o swojej kulturze , pytali o tę polską i kim są tak pięknie śpiewający ludzie.

ZOBACZ TEŻ: Hobbiton - zobacz jak żyją mieszkańcy wioski hobbitów [ZDJĘCIA]

Zaskoczenie przeżył też przewodnik i turyści w Wottomo Gaves, jaskiniach pełnych stalaktytów i stalagmitów.

– To jedno z najpiękniejszych miejsc, stalaktyty układają się w takie kształty, że jaskinia przypomina katedrę. I jak w katedrze – jest tu znakomita akustyka. Mieliśmy tu wiele koncertów gwiazd, śpiewali tu Rod Steward i „The Beatles” – mówił przewodnik i spytał: – Może ktoś chce zaśpiewać?

Poligrodzianie zaśpiewali „W moim ogródeczku”, na bis góralskie życzenia dla Jana Pawła II. – Kim jesteście? Jak się nazywać? – dopytywał przewodnik, a turyści utworzyli szpaler i ustąpili zespołowi miejsca w zajmowaniu łódek do dalszego zwiedzania jaskiń.

– Poligrodzanie… – przewodnik z trudem próbował nauczyć się nazwy zespołu. – Następnym wycieczkom, będę mówił, że śpiewali tu Rod Steward, „The Beatles” i Poligrodzanie…

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie